piątek, 13 listopada 2009

the other forty came with the grain, but then went against it


Nie mam zielonych dłoni od bilardowego sukna, nie mówię głosem żadnej generacji, a już na pewno nie mojej, nie znajdziesz mnie w żurnalu ani w telewizorze, przed nim zresztą też bardzo rzadko, nie wziąłem wszystkiego, co wiem, z google.com, nigdy nie grałem na giełdzie - prawdę mówiąc, w ogóle jej nie rozumiem - nie znam nazwisk polityków, nie znam nawet partii; nie wiem, co ile kosztuje, a jedyny kryzys jaki znam, to kryzys wartości.
Ale jeśli ty jesteś ósmym cudem świata, to ja jestem wszystkimi siedmioma.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

przeczytaj, zanim zaczniesz ze mną rozmowę 2


NYC, Davis, Hendrix, Dean, Brando, Franc Fiszer, Brummel, fusion, panczlajny, live, Bitches Brew, A Love Supreme, buoyancy, Blade Runner, Peckinpah, Bogart, Ratpack, Skamander, Beat Generation, Kesey, Lost Generation, Black Thought, Złoty Róg, Aleksandria, Brooklyn, nostalgia, Tristan, noir, Fajeev, postmodernizm, follow upy, Coca Cola, Illmatic, Big L, ask Beavis I get nothing but head, espresso, laidback, mój cynizm, kołnierz kurtki, białe kicksy, słuchawki, ręce w kieszeniach, papierosy, piwo, sztuka to emocje, jazz, rap, Indiana Jones, SW, Doc Holliday, Harding, Schulmeister, Villon, Vidocq, Wilde, Yossarian, Ludwig Pursewarden, Kwartet Aleksandryjski, David Stein, kiedyś-malarstwo, morze, drapacze chmur, cisza, sklepy kolonialne, Jacek Karaszewski, Jack & Jones, koszule i krawaty, umiarkowany radykalizm, Morze Śródziemne, Meteory, Finlandia, Szekspir, Branagh i Jacobi, Pacino, Nicholson, O'Toole, Newman i Redford, up yours baby, synowie Lee Marvina, Jarmusch, Waits, technicznie, flashbacki i flashforwardy, foreshadowing, Sapkowski, Diuna, Vonnegut, kobiece pośladki, retro, komiksy, Blacksad, Order of the Stick, Marvin Gaye, Slug, Premo, Krush, Dylan, Pete Rock., R.A. u JMT, Hurt, Shelter From The Storm, Memory Lane, APT, just a state of mind, Fancy Clown, sample, inside joke, Black Star, muzyka, kuchnia, stare kino, a kto umarł, ten nie żyje, soundtrack do mojego życia, Pour Me Another, coś więcej, Kerouac, old times' sake, Black Adder, Sergio Leone, boombox, Vansy, kasety, wosk, piątki, ogarnięcie, Cassius Clay, dystans, noc, światła miasta, pasja, pętla z We're In Love, interesujące tematy, pamięć, Belkar, the bartender knows me by my real name, Kastor, longsliwy, zimny prysznic, koncert w bramie, głęboki wdech, zmrużone oczy, chodnik pod butami i ja.



To jest fajeev. Resztę pierdol.

przeczytaj, zanim zaczniesz ze mną rozmowę



Grafomani, kryzys, koniec świata, masoneria, lobby, illuminaci, Richard Gere, Sandra Bullock, Bruce Payne, Jennifer Lopez, Salma Hayek, Adam Sandler, Helen Hunt, edukacja, rurki, lans, clubbing, Manda, studenci, pojęcia "emo", "mainstream", "komercja", portale społecznościowe, polskie demotywatory, suche żarty, nudne opowieści, brak puenty, brak polotu, intelektualiści, off, raperzy, groszowi biznesmeni, literaci, Masłowska, bracia Mroczek, telewizja, I'll Be Missing You, stacje radiowe, nalepka ZAiKSu, Jacek Cygan, młody Koterski, polskie kino od tylu lat, głupota, schematyczność, ignorancja, psychofani, INTERNAUCI, koszulki klubów piłkarskich, jukendens, yuppie, baletki, polityka, prasa, komedie, dramaty, sensacja, kino niezależne, unikatowość, begi, manie, mody, trendy, wieczne zasłanianie się gustem, BULLSHIT Z TWOICH UST, odór naftaliny, MUZYKA PUSZCZANA Z TELEFONÓW, iPody, iFołny, iChuje, znawcy, koneserzy, niedoinformowanie, SĄDY I OPINIE, OSTR najlepszy polski raper, internetowe świeczki, Magik R.I.P. ;(, żargon, Generacja Nic, meląż, praca, uczelnia, kolokwia, Erasmus, polski słuchacz, przemyślenia, artyści, POPKULTURA, Timbaland, Akon, szołbizek, Londek, JP-CHWDP-ACAB, Świat Według Kiepskich, Bundy, Ali G, pizza z keczupem, bragga inne niż moje słuszne, kulty, dzieci, egzaltacja, spagetti, yo, target, sens, performance, informatycy, swetry, piwo w puszce, ciepła wódka, kapary, Amerykanie są głópi, MASSMEDIA, work-buy-consume-die, debile, kurwy i złodzieje, Ty, LUDZIE, wszystko.





Wkurwiłem się.

niedziela, 30 sierpnia 2009

mam dla ciebie dedykację - spierdalaj



Jak w temacie.
Chyba zostanę slamerem. Saul Williams tak zaczynał.

Marvin Gaye - Let's Get It On

wtorek, 18 sierpnia 2009

I need the old blade runner, I need your magic



Dym z papierosa unosi się wąską smużką, rozwiewaną pod sufitem przez buczący wentylator. Oprócz tego buczenia jest wręcz nienaturalnie cicho. Jak w grobowcu.
Zaciągam się i odchylam w fotelu. Patrzę na prawą dłoń na oparciu, spowitą dymem i pustą filiżankę po kawie. Jarmusch miał rację, myślę, choć nie widzę Murray'a spieszącego z dzbankiem. A ona nie jest RZA, choć ja mogłem chyba kiedyś być geniuszem.
Gaszę papierosa w popielniczce, dokładnie i starannie, jak zawsze. Wciąż karmię się ułudą. Jeśli odłożę go do popielniczki, jeśli dokładnie go zgaszę, jeśli umyję ręce, nie będę śmierdział. Głupi jestem. To mój flavor odkąd skończyłem siedemnaście lat.
Mogę wytrzymać jej wzrok, tak jak mogę wytrzymać pierwsze siwe włosy, drżenie rąk i "kiedyś było inaczej". Każdy wie, że kiedyś było inaczej, ale mało kto wie, co to tak naprawdę znaczy.
Wstaję, całuję ją w policzek i zakładam kurtkę, zwyczajowo stawiając kołnierz.
- Wiesz, że przypominasz mi mnie? - pytam.
Uśmiecha się lekko, odstawiając filiżankę na spodek.
- Dziękuję.
Odpalam papierosa, chowam paczkę do kieszeni skórzanej kurtki, wypuszczam kłąb dymu.
- To nie był komplement - mówię w drzwiach i wychodzę na ulicę, zanurzając się w brudne, tętniące życiem serce miasta.
Choć wciąż jest lato, dla mnie właśnie zaczęła się jesień.
Żegnaj i witaj, jak zawsze.

wtorek, 14 lipca 2009

pieprz się, nie dostaniesz moich pieniędzy




Przy tych rzadkich okazjach, kiedy go spotykam, kiwamy sobie lekko głowami, ściskamy dłonie i przez jedną krótką chwilę mierzymy się wzrokiem. Miałem ją przed tobą, mówi jego spojrzenie. Być może, myślę, trzymając rękę w kieszeni i bawiąc się kluczami. Być może. Ale teraz jest moja - a tylko to się liczy. Warga mi lekko drży, kiedy rozciągam usta w uśmiechu. Zresztą, myślę, nigdy nie miałeś jej tak, jak ja, cieniasie. Nie wiem, czy potrafi rozczytać to spojrzenie. I prawdę mówiąc, w ogóle mnie to nie obchodzi.
Zamykam oczy i odchylam się w fotelu, rozkoszując słońcem. Nie jest to ostatni powiew lata, nie jest też pierwszy. To gdzieś pomiędzy, ale jeszcze mnie nie nuży.
Kobiety jedzą lody w niezwykle erotyczny i sugestywny sposób. I nawet o tym nie wiedzą.
Tenis, bilard, sauna i kawa na tarasie z widokiem na skąpane w słońcu jezioro. Mimo wszystko wciąż częściej zaciągam się papierosem, niż hajlajfem.
Pieprz się, nie dostaniesz moich pieniędzy.



PS: Nigdy nie nosiłem okularów, nigdy nie przestąpiłem progu Polibudy i nie mam zielonego pojęcia o informatyce, leję na postmodernę, a bulwar jest blogiem. Dziękuję za uwagę.


czwartek, 11 czerwca 2009

I will let you down, I will make you hurt - oh yeah, I guess it makes me smile




Przy Nirvanie nie osiągam wcale nirwany, a żegnam się z życiem. Bez obaw, nie w tym sensie. Życie to dziwka, ale Boże broń, żeby dziwka wzięła ze mną rozwód. Jestem jeszcze w monogamii, więc nie flirtuję nawet ze śmiercią. To też rodzaj Randki w Ciemno. I tak grubasa wymienią za siedmiu innych. Tak to jest.
Opieram dłonie o umywalkę, patrzę spode łba w swoje odbicie. Kocham cię bardziej niż siebie - i tu nie różnimy się wcale. Ty też bardziej kochasz siebie niż mnie.
Nabrzmiewają Grona Gniewu, ale jeszcze nie Witaj, Śmierci. Nie powiesz o mnie "Buntownik Bez Powodu", choć może i mogłabyś, pogubiłem się już dawno temu. Mam kompas i mam wyznaczone azymuty, ale nigdy nie byłem w tym zbyt dobry. Jak Cobain jestem gorszy w tym, co robię najlepiej. I też czuję się z tego powodu błogosławiony. W pewnym sensie.
Dzień dobry panie Kesey, mówili mi MacMurphy.
To mój ostatni Lot Nad Kukułczym Gniazdem, to moja droga Stąd Do Wieczności, W Drodze Na Wschód Od Edenu, którą przemierzam W Poszukiwaniu Straconego Czasu. Tabula Rasa, piąteczka Ice.
Idę powoli, stawiając małe kroki, choć przecież wiem, gdzie idę.
Idę tam, gdzie mnie oczekują od lat, tam, gdzie mam zarezerwowane miejsce od chwili narodzin. Tam, gdzie wejdę po schodach z alabastru, przeciągając dłonią po gładkiej poręczy, gdzie stanę przed masywnymi drzwiami z mahoniu, nacisnę staroświecki dzwonek, a w drzwiach stanie James Dean i, kołysząc w dłoni lampkę koniaku, spojrzy mrużąc oczy, jak na srebrnym ekranie i zada jedno jedyne pytanie "Czemu tak długo, stary?"

and you could have it all, my empire of dirt

niedziela, 31 maja 2009

jestem zbyt stary, żeby wierzyć, że w tym wszystkim jest jakiś cel


Mógłbym napisać tu wszystko, tylko nie wiem po co.
Dziękuję.


Jerry Goldsmith - Love Theme From Chinatown [Chinatown OST]

czwartek, 14 maja 2009

truth and beauty are in the eye of the beholder



Jak większość z nich, patrzy na mnie długo i uważnie. Nie porozumiewawczo, jak Ingrid Bergman z ekranu, a zupełnie inaczej. Badawczo, spokojnie, nieco cynicznie. I już wiem, że mu nie powiem.
Wcale mi się nie podoba, nawet jej nie lubię. Nie czuję do niej żadnego pociągu fizycznego, jest zwyczajnie nieatrakcyjna. Nijaka. Uosabia wszystko to, czym gardzę, czego nienawidzę. Gdyby zależało to ode mnie, eksterminowałbym takich ludzi bez mrugnięcia okiem.
Ale mimo to wiem, że nigdy mu nie powiem. Zaszachowała mnie tym spojrzeniem, choć tak naprawdę to ja mam ją w garści, nie ona mnie. Jest zbyt mikra umysłowo na kogoś takiego jak ja. Tacy ludzie są jak karaluchy - są ich tysiące, niewiele myślą i łatwo ich rozgnieść stopą. Ale, na Boga, to oni przetrwają kataklizm nuklearny. Nie sposób nimi za to nie gardzić.
Nigdy mu tego nie powiem i ta mała zdzira zdaje sobie z tego sprawę, widzę to w jej oczach. Bez problemu wyczytuję z nich TO NASZA MAŁA TAJEMNICA. Gdyby znała mnie lepiej mogłaby wyczytać z moich MAM TO GDZIEŚ, DZIWKO.
Musi nieźle robić loda, inaczej pewnie starłaby niejeden wibrator. Nie ma w sobie nic atrakcyjnego, chyba wolałbym zerżnąć Elvisa niż ją.
Gaszę papierosa i wstaję z pogardliwym uśmiechem tańczącym na moich wargach. Górna, lekko zdeformowana, wydyma się szyderczo, ale nie sądzę, żeby to widziała. A jeśli nawet, nie dbam o to. Gdyby nie ta rozcięta kiedyś warga, miałbym dużo węższą gamę brzydkich uśmiechów. Dziękuję, tato. To mój talizman.
Wybacz, stary, myślę i zamykam za sobą drzwi.

sobota, 18 kwietnia 2009

God damn it, I'm back to demand - and this time, for good


Też się trochę zaplątałem w swetrze, ale już następny tekst zacznę od "ja".

Wracam do formy jak babka z piasku na rewindzie.


/Brother Ali - The Truth Is

poniedziałek, 9 marca 2009

centaury grają funk



Wysikałem się, zastanawiając czy androidy śnią o elektrycznych owcach i zapiąłem rozporek. Nigdy nie wchodzę do knajp z pełnym pęcherzem. Takie skrzywienie zawodowe. Frances, moja była żona, zawsze pytała z uśmiechem, który zawód mam na myśli. Wiem już, że jej nie lubię, nie tylko za to. Ale w końcu kto lubi swoje byłe?
"Baliseta" jak zwykle przywitała mnie rozchybotanym, mrugającym, czerwonym neonem. Odmrugnąłem, wspiąłem się po blaszanych schodach, dudniąc ciemnożółtymi półbutami, i wszedłem do środka. Lokal był wypełniony niemal po brzegi, zasnuty dymem z papierosów, cygar i nargili. Tak było zawsze w te dni, kiedy grali protojazz. Czyli mniej więcej codziennie.
Przepychałem się przez tłum, świadom wrażenia jakie zazwyczaj wywieram na ludziach. I nie tylko ludziach. Starałem się nosić w stylu sportowej elegancji - krótko mówiąc, byłem przerażająco niemodny. Wyglądałem jak postać ze starego filmu, jeszcze sprzed wojny. Ale tutaj, w "Balisecie", nie wyróżniałem się z tłumu. Wręcz przeciwnie, byłem szary i bezbarwny, pomyślałem patrząc na stworzenie wyglądające jak czteroręki Billy Bob Thornton. Stwór z maestrią żonglował czterema kuflami stouta. Sądząc po głupawej minie albo to nie była jego pierwsza taka kolejka, albo był zwyczajnie upośledzony. Obstawiałem raczej to drugie. W końcu po kimś, kto ma cztery ręce, można się spodziewać najgorszego.
W końcu wyrwałem się z plątaniny rąk i nóg i osiadłem na stołku barowym, ledwie wyprzedzając Skrzypiącego Ebba. Pokazałem Ebbowi środkowy palec i zamówiłem u barmana podwójny cydr. Zmierzył mnie podejrzliwie wzrokiem, zastrzygł kozimi uszami, ale nic nie powiedział. Ze stukiem postawił kufel na odrapanym barze i pienistą strugą zaczął lać do niego piwo.
Skrzypiący Ebb zakolebał się na drewnianych nogach, skrzypiąc niemiłosiernie. Tak, na drewnianych. A myśleliście, że dlaczego nazywają go "skrzypiącym"?
- Co nowego, James? - spytał, śmiesznie podskakując.
- Nic się nie zmieniło, Geppetto. James Dean dalej nie żyje.
Skrzypiący pokiwał głową, całkiem jakby wiedział kim był James Dean. Przez moment ogarnęła mnie złość na tę cholerną dziurę z protojazzem, na tę platformę wiertniczą leżącą daleko poza Pasem Oriona i wreszcie na całą cholerną galaktykę. Po raz kolejny poczułem potrzebę wyrwania się stąd. Barman podał cydr i mi przeszło.
Skrzypiący gdzieś się oddalił na drewnianych kulasach, więc pociągnąłem spory haust piwa i skupiłem się na muzyce. Nie myślcie, że Skrzypiący Ebb stracił nogi na wojnie czy coś podobnego. Urodził się właśnie taki, z drewnianymi nogami. No, wtedy był pewnie trochę mniejszy.
Grupa fioletowoskórych obdartusów z koszmarnymi krawatami grała protoswinga jak by nie miało być jutra. Brzmiało to jak Billie Holliday na anielskim pyle, ale ludziom się podobało. Obcym też. Kiwali z aprobatą czułkami, macki drżały im z ekscytacji, podczas gdy wlewali w siebie kolejne pinty lagera.
Gdy zwalisty frontman z kością w nosie i idiotyczną zieloną fryzurą, co kojarzyło mi się z Hulkiem, grał świdrująca i długo za długą solówkę na rogu, pomyślałem o moim przyjacielu ajatollahu, który pewnie siedział teraz na swojej sofie z chmur. Dawno temu zastanawialiśmy się, czemu do "Balisety" nie wpada Gurney Halleck. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że to, że jest postacią fikcyjną, nic jeszcze nie znaczy. Często postacie fikcyjne są bardziej rzeczywiste od prawdziwych. Dziwne, że takie rzeczy zawsze przychodzą do głowy w najmniej oczekiwanych momentach.
Hulk skończył grać no rogu, rozległy się brawa, gwizdy i pohukiwania, na scenę posypały się kwiaty, szklanki i niedopałki. Grupa pijanych orogów z Alfa Centuri cisnęła w Hulka żywą kozą. Byli jednak pijani i haniebnie spudłowali. Przeraźliwie mecząc koza przefrunęła przez scenę i grzmotnęła na deski, zmiatając z podestu perkusistę wraz z bębnami i kontrabasem. Nigdy nie dowiedziałem się, jak udało im się wnieść kozę do "Balisety", bo natychmiast zostali wykopani oknem przez lokalnego wykidajłę, Morley'a Dotesa. Dotes był niegdyś słynnym na całą galaktykę ochroniarzem, wykopywał podobno nawet z Cesarskiego Pałacu na Niebiańskich Schodach. Teraz jednak był tutaj, na zatraconym końcu świata, podobnie jak ja i wielu innych.
Gdy dopijałem cydr zaczepił mnie siwowłosy Pike Bishop z nastroszonymi wąsami i dziurą po kuli w policzku. Jak zwykle towarzyszyli mu Rycerz Smętnego Oblicza i Trout w swoich cytrynowożółtych ogrodniczkach.
- Nie mam czasu, Pike.
Trout podskoczył w miejscu i podciągnął spodnie.
- Mamy do ciebie biznes, Latrell.
- Przeszedłem już na emeryturę, mówiłem.
Rycerz Smętnego Oblicza zrobił jeszcze smętniejszą minę i rozłożył ręce.
- Wylali nas z roboty, James.
Bishop spojrzał na mnie błagalnie, jak bym był w stanie coś poradzić. Pewnie myśleli, że mają przed sobą pieprzonego Copperfielda. Albo innego Houdiniego.
Dopiłem cydr i odstawiłem kufel na blat.
- Nostradamus to przewidział - powiedziałem, wstając.
I tak ich zostawiłem, z rozdziawionymi gębami. Niczego się nie nauczyli i niczego nie zapomnieli, pomyślałem za Talleyrandem. Ale o ile do zapominania zbyt wiele nie mieli - bo i umieli niewiele - to do nauczenia jak najbardziej.
Ujrzałem siedzącego w kącie Ahaba, kapitana Flory Imperialnej, który obracał w dłoniach jakiś bibelot. Już miałem podejść do niego i spytać jak idą łowy na "Moby Dicka", gdy impresario imitujący Franka Sinatrę zapowiedział band centaurów z Zewnętrznych Rubieży. Końskie chłopaki błyskawicznie się rozłożyły ze sprzętem, dzwoniąc dzwoneczkami, wzięły parę akordów. Goście z zainteresowaniem spoglądali na scenę, w końcu nie tak często spotyka się dziś centaury. Do tego zarabiające na kieliszek chleba graniem jazzu. Lub czegoś w tym stylu.
Jeden z centaurów, z brodą splecioną w dwa warkocze, tupnął kopytem i zaczęli grać. Czteroręki Billy Bob Thornton wypuścił wszystkie cztery kufle, siwowłosy Pike Bishop jeszcze bardziej zjeżył wąs, a noszący garnitur w prążki meloman Harmonica Joe wybałuszył oczy i jęknął.
Bo centaury grały funk.

sobota, 7 marca 2009

(Mc)Laughlin Out Loud, burzę czwartą ścianę.



Junes nawarstwia brud, ja piszę, jakbym boksował się z Alim. Cały czas poza moim zasięgiem.
Pięć razy próbowałem napisać jedną scenę. Drugą napisałem chujowo, choć jest naprawdę świetna. Mój najbardziej drewniany dialog. Muszę strzepnąć kurz z ramion, prędzej czy później. Obawiam się jednak, że raczej później.
Gubię się technicznie. Foreshadowing i MacGuffiny mnie zjadają. Spluwa Czechowa mnie rzuca na deski.
Nie jestem Zelaznym ani Martinem. Zaakceptuj to.



Ale w końcu nie jest aż tak źle, widziałeś Miasto Boga.

poniedziałek, 16 lutego 2009

in your face



FayNje i wogle kuL Ze Ljl WWWWWAyNe FFydaYe nowA puytH i woglLlL bO ma ffFAyne BJThy a BBbbbjth thO JEeeeEst zycyy nA pShyquaAAAAD tHAq 50 CeNTh tO Jooos NJe jEsTH MOyjm zycjem, BbbBo Ma slab bJThy tO ZNatsh Thaqje juZ NjE NOfe a WAYNe ma noFfE i fFogLEe Ty ejj.



TOUCHÉ


sobota, 27 grudnia 2008

it's survival in the city, when you live from day to day



Pamiętam jak rządzili miastem. Ich logo widniało wszędzie, na pociągach i na przystankach, na śmietnikach i na wiaduktach, na budowach i na budynkach skazanych na zapomnienie. Zawsze zrobione czerwonym sprejem, takie same, ale jednak różne. Bo w końcu było ich kilku i każdy miał swój styl. Ale mieli zasadę - w jednym miejscu pisał tylko jeden z nich. Kiedyś podczas powrotu do domu, zobaczyłem czerwony napis na drzwiach prokuratory, bijący w oczy jak neon. Byli legendą.
Byli bandą bezczelnych skurwieli w wytartych spodniach i białych butach, śmierdzących Montaną, wiecznie w biegu, wiecznie goniących za efemerydą. To było jakoś przed maturą. Jarali się punkrockiem, Beastie Boys i szybkoschnącą farbą, a kompletnie olewali system.
Teraz jeden chleje po szynkach, odkąd panna go puściła w trąbę, drugi robił licencjat, ale musiał zająć się dzieckiem, inny pomieszkuje z żoną u teściów, na kilkunastu metrach kwadratowych, inny wyjechał za mniejszą wodę i jest dokerem w Liverpoolu, mieście Beatlesów, który słuchał z ojcem z winylowych płyt. Czwartego spotkałem dawno temu w windzie. Podłużna blizna na podbródku, siwe włosy na skroni, pustka w oczach. Nie mówił już nic. Piątemu rodzice zginęli w wypadku, opiekuje się młodszą siostrą i tyra po nocach w magazynie, jak śmieć, a nie człowiek. Szósty narobił długów, próbując zrobić biznes, zapożyczył się u nieodpowiednich ludzi i skasowali go. Teraz mieszka w mansardzie, którą odziedziczył po ciotce-bigotce, karmi gołębie i liże rany. Codziennie rano budzą go kościelne dzwony, siada przy drzewku bonzai i pali jednego, jedynego papierosa, wpatrując się w gołębie walczące o okruchy. Bo gołębie też walczą o byt, tylko mają jeszcze bardziej gówniane perspektywy.
Ostatni z nich, nieformalny lider, zawsze biegający z Bukowskim, Steinbeckiem czy Kerouac'iem w paperbacku, wyglądający jak Marlon Brando domorosły malarz, grafik, wyleciał z teatru, szkoły, potem pracy. W końcu capnęli go w kamasze, trafił do mamra. Już nawet nie pije, siedzi w bezruchu tylko na schodach nad morzem i pali. Czeka już tylko na śmierć. Tak mówi.
Każdy z nich miał plany, perspektywy, ambicje i marzenia. Każdy czegoś oczekiwał od życia, bo do kurwy nędzy, miał do tego prawo. Teraz są strzępami ludzi, przepierdolili swoje człowieczeństwo. Przeciekło im przez palce.
A przypomniałem sobie, bo ostatnio zobaczyłem wyblakły od wody i soli czerwony napis na dachu stacji benzynowej. Wiesz, to nie było aż tak dawno temu, ale sam już czasem nie wiem, czy to wszystko zdarzyło się naprawdę.

I know there must be something better...



/
Joe Walsh - In The City [The Warriors OST]

wtorek, 16 grudnia 2008

nie rozumiem sztuki



Hemingway to mój ulubiony pisarz, choć nie lubię jego książek.
A Szekspira czytuję tylko dla panczlajnów.
Now you know.


Vangelis - No Expectation Boulevard f. Rutger Hauer, Wes Studi, Bhaskar Balakrishnan (Executive Director Of The Asian Heritage Foundation), Shobhana Balakrishnan, Laura Metaxa, Sir Ridley Scott, Zhao Yali (Ambassador Of The People's Republic Of China To Cyprus) [Blade Runner 25th Anniversary Soundtrack - Disc III],
bo najlepsze rzecz Vangelis miał ambientowe.

poniedziałek, 15 grudnia 2008

nie wiem



Wróciłem z pracy, nawet nie rozpiąłem koszuli. Zrzuciłem kurtkę i usiadłem na krześle. Chciałem poluzować cisnący krawat, ale przypomniało mi się, że przecież do pracy pod krawatem nie chodzę. Dławił mnie stryczek.
Jak doszło to tego, że staję się tym, przed czym kiedyś broniłem się wszystkimi siłami? Już tylko pogarda dla tego wszystkiego mnie odróżnia, jak ona zniknie, wsiąknę. Wypruwanie sobie żył dla paru zer? Ja? A w życiu.
No właśnie. Staję się szczurem korporacyjnym. To, że nie pracuję w korporacji, nie ma akurat znaczenia. A nie, jednak ma. Bez magistra i aplikacji nie mam możliwości awansu.

Jak spotkasz mnie na tyłach baru, ze szklanką i wzrokiem wbitym w popielniczkę, proszę, nie podchodź i nie pierdol mi o kolokwiach, kryzysie, ekonomii, kursach walut, nie truj, nie wciskaj mi żadnego nudnego gówna, w które mam tak wyjebane jak twój wykładowca w ciebie, nie zanudzaj mnie. I nie mów mi o kiepskich filmach, które widziałeś, o chujowych teledyskach tragicznych wykonawców, nie opowiadaj o postmodernizmie i awangardzie, bo mnie to w gruncie rzeczy chuj obchodzi. Tak samo Kant. I globalizacja.
Najlepiej nic nie mów.
Siądź, weź sobie drinka albo piwo i porozmawiaj ze mną jak Mrożek z Beckettem.
Bo być może widzisz mnie ostatni raz.
Być może nie uwierzysz, ale '98 był moim ostatnim ulubionym rokiem.

Depresja na papierze to jedyne, co uprawiam poza łóżkiem od końca zimnej wojny.

sobota, 13 grudnia 2008

na szybko spisane

Idzie wolno chodnikiem, leniwie stawia nogi. Absolutnie nigdzie się nie spieszy, bo i dokąd? Jest sobota i ma kaca.
W pewnym momencie dostrzega koło swojej nogi kolorową, dziecięcą rękawiczkę.
To smutne, że ludzie odchodzą i zostają po nich tylko rękawiczki, myśli.

---

Od wódki bolą mnie kolana.

---

Wczoraj pokonałem Japończyków, dzięki temu, że Admirał Yi dał mi turtle shipy.
All hail Admiral Yi!
Korea is now free once again!

---

lost my other half but still I got my fisherman hat

---

dziękuję za uwagę

środa, 12 listopada 2008

życie w sepii



Opieram się o balustradę, lekko, stylowo, tak by nie pognieść smokingu. Nie jest to łatwe, przeciętny człowiek by sobie z tym nie poradził. Ale też przeciętny człowiek nie bywa w takich miejscach.
Przez otwarte drzwi balkonowe sączy się ze środka Strauss. Brzydki, na wpół obłąkany mały człowiek, z twarzą zastygłą w grymasie nienawiści, współczesny Quasimodo, jak oszalały tłucze w klawisze. Budzi odrazę, ale gra w sposób nieosiągalny dla większości pianistów. Zdaję sobie sprawę z tego, choć nie przepadam za Straussem, tak jak zdaję sobie sprawę, że to wariacja małego brzydala, od początku do końca jego własna.
Nie pytajcie skąd wiem takie rzeczy. Tak po prostu jest.
Wyłuskuję camela z pamiątkowej papierośnicy, papierośnicy, która zjeździła ze mną pół świata, która widziała więcej niż połowa żyjących ludzi razem wziętych. Oficjalnie papierośnica była darem marszałka Montgomery'ego dla mojego dziadka. W rzeczywistości było to bardziej skomplikowane.
Strzelam złotą Zippo, zaciągam się i patrzę przed siebie. Niebo ma najciemniejszą barwę na świecie. Absolutna czerń. Skrzy się jednak miriadami gwiazd, mrugającymi i lśniącymi niczym światło puszczone przez Koh-i-noor. Wspominałem, że trzymałem go kiedyś w ręce?
Gwiazdy są moimi towarzyszkami od zawsze, odkąd pamiętam. Patrzyłem na nie niemal ze wszystkich krajów świata, leżąc na afrykańskiej sawannie, stojąc na pokładzie kołyszącej się łódki na południowym Atlantyku, z kubańskiego balkonu koło Varadero. Znałem je wszystkie. Ale najpiękniej wyglądały tutaj, w domu.
Delikatny stukot obcasów na marmurze balkonu, dotyk lekki niczym muśnięcie motyla. Tak to powinny wyglądać, w końcu jesteśmy dżentelmenami i damami, oddychamy zgodnie z etykietą. Nawet ja, z całym moim bagażem doświadczeń.
Staje koło mnie z lampką szampana. Kieliszek jest niski i pękaty, anachroniczny. My też jesteśmy anachroniczni, bo tak naprawdę czasy ludzi takich jak my już minęły. Ta chwila na balkonie, to pieśń przeszłości. Doskonale o tym wiem.
Uśmiecha się lekko, przechyla głowę. Łowię wzrokiem blask diamentowej kolii na szyi. Brylanty do niej pasują, uzupełniają ją. Naprawdę są najlepszymi przyjaciółmi kobiety. Ale ja znam ich koszt w krwi i pocie, jednak nic nie mówię, bo w takie wieczory jak te człowiek milczy. Zbyt mało ich jest w czasach, w których przyszło nam żyć.
Ujmuję ją pod ramię, stoimy w milczeniu. W końcu mały, biedny, obłąkany geniusz o twarzy małpy kończy w porywający sposób, takim akordem, że zapada cisza. Huraganowe brawa, trwające niezwykle długo, niemal całą wieczność. W końcu tracą na sile, aż całkiem milkną. Damy komplementują karła, parowie kłaniają mu się z rewerencją. To jego wieczór. Dziś jest jednym z nich. Ale tylko dziś. Wciąż jest małym, pokręconym obrzydliwcem z niższych sfer, potrafiącym niesamowicie grać. Gdybym był młodszy, pewnie byłoby mi go żal.
W końcu ktoś wychodzi na balkon, przerywa nam chwilę spokoju. Jakiś bezimienny pracownik ambasady, trybik w maszynie. Takich ludzi produkuje się naszych koledżach masowo. Powinniśmy ich eksportować.
Kłania się lekko, najpierw jej, potem mi.
- Pani. Sir. Goście czekają.

poniedziałek, 22 września 2008

powtarzam się



Każdy ma swoje własne demony. Ja dla moich zarezerwowałem dziewiąty krąg Piekła u Dantego.
Są takie momenty niżu, gdy odżywa na nowo dawny flirt z samobójstwem, jak pisał Durrell. Wtedy do przodu pcha człowieka już tylko arogancja i ponura determinacja. Ja nawet tego już nie mam.
Wiesz, uśmiecham się już tylko na pogrzebach.
Chłód przenika jak promieniowanie gamma, zaciskam pięść, otulam się kocem. Dni stają się coraz krótsze, a wieczory zimniejsze. Szczególnie tu, na krańcu świata. No i nikt z nas nie staje się coraz młodszy. Nikt.
Poniżej, na gładkiej tafli jeziora, sunie kajak, popychany rytmicznymi szarpnięciami wioseł. Nawet z tej odległości widzę muskularne ramiona mężczyzny w sportowej bluzie. Kobieta siedząca na przedzie odwraca się, mówi coś, z tej odległości nie słyszę co. Oboje wybuchają śmiechem.
Odkąd rzuciłem palenie nie zostało mi już nic. Przeciąłem wszystkie nici wiodące do mojego poprzedniego życia, ten Tezeusz z labiryntu już nie wyjdzie. Zabiłem Ariadnę.
Rozdałem kawałki swojej duszy, na płytach i na kartkach, na papierze, na taśmie. Rozdałem ją całą, kawałek po kawałku, przypadkowym ludziom, których los postawił na mojej drodze, bez celu i bez przyczyny. Nic mi już nie zostało. Ale to prędzej czy później spotyka każdego z nas. W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi honoru, czyż nie?
Bez słowa przyglądam się listowi leżącemu na stoliku. Długo, beznamiętnie, świadom tego, że nie jestem sam, przyglądam się listowi, który powinien wprowadzić w mojej głowie chaos, zamęt, powinny nabrzmieć grona gniewu i stać się gotowe do zerwania - ale nie. Nie posiadam już duszy, nie przeżywam już wzruszeń i rozterek. To po prostu coś, co już teraz jest poza moim zasięgiem - jak przeczytanie Prousta.
To, co leży przede mną, kontrastując bielą na ciemnym mahoniu stoliku, to tylko słowa.
Podnoszę wzrok i spoglądam w te jasne oczy, mądre i wierne, tak dobrze mi znane. Wiem, że czeka na odpowiedź.
To tylko słowa, myślę i zgniatam list w dłoni.
- To kurwa. Rzuć to w ogień i nigdy więcej mi o tym nie wspominaj.

sobota, 13 września 2008

Before the dark times... before the Empire.

wtorek, 1 lipca 2008

I stood looking at my former hood, felt the spirit in the wind




Otwieram kolejne piwo, podpieram głowę dłonią. Nie dajcie się zwieść pozorom. Ja nie słucham muzyki. Ja podróżuję w czasie. Te słuchawki w moich uszach umożliwiają mi kontakt z moim wewnętrznym "ja" sprzed lat. Gdy się do nich dostroję, mogę się znaleźć w dowolnym miejscu i czasie. Jasne, na chwilę tylko. Ale ilu z was to potrafi?

Patrzę na samego siebie sprzed wielu, wielu lat. Idę wolno zaśnieżonym chodnikiem, ręce wbite w kieszenie, głowa wciśnięta w ramiona, ale to i tak mierna ochrona przed zacinającym śniegiem. Naciągam kaptur, na dłoni mam rękawiczkę bez palców. Trochę ludzi później w takich chodziło, z tego co pamiętam.
Nie stawiam jeszcze kołnierza, bo nawet go nie mam. Mam puchową kurtkę, w kolorze beżu albo kawy z mlekiem, zapiętą pod szyję, bo skurwysyńsko wieje. Jeszcze nie lubię szalików, jeszcze jestem gnojem, któremu wydaje się, że jest kuloodporny, że jest nieśmiertelny, wyjątkowy, jeden na cały świat i że absolutnie wszystko może. Lata później, też zimą, oddam kurtkę bezdomnemu na parkingu.
Może i nie mam najszerszych gaci w mieście, ale tak się czuję, rozumiesz? Nie taguję, nie trzaskam brejka, nie drapię płyt, ale to brzmienie w moich słuchawkach pozwala mi sie czuć bogiem. I jaram się, kurwa, naprawdę się jaram, jak nigdy wcześniej i nigdy później. Bo nigdy nie będę się jarał tak Opusem czy Burialem, jak wtedy Wu-Tangiem czy Nasem. To zupełnie inny level. Tak jakby wtedy średnie rzeczy były lepsze niż dobre dzisiaj. Czuję się jak relikt.
Wiatr dmie, przenika do szpiku kości, ostre jak brzytwa drobinki śniegu sieką w twarz. Ale nie wracam do domu, to moja chwila z absolutem. Moja nirwana. Gdybym wiedział, jak to wszystko się potoczy, jak prędko te momenty zostaną zdeprecjonowane, robiłbym to częściej. Mam ochotę na papierosa, ale powstrzymuję się. Nie udałoby mi się zapalić. Zbyt mocno wieje.
To utwór przy którym spalę potem najwięcej papierosów, który zawsze będzie mnie rozbijał na atomy, track wszech czasów, z tym loopem bardziej niesamowitym niż całun turyński - numer, przy którym będę jarał podczas burzy, numer, przy którym będę do piątej rano pił szampana na molo, numer, który...

Takich utworów jak te, nie słucha się w jakimś konkretnym celu. Ale też nie słucha się ich tak po prostu. Niby nie wiadomo czemu mają służyć, ale czy tak naprawdę to ma jakiekolwiek znaczenie? Czy wszystko na tym świecie musi mieć jakiś konkretny cel?
To już nie wróci.
Serio.
Dlatego rozpaczliwie staram się chwytać choćby strzępków tego wszystkiego, jak tonący brzytwy. Nawet okruchy wspomnień tamtego stanu umysłu pozwalają mi wejść na chwilę na wyższy poziom. Czuję się wtedy tak, jak kiedyś.
Każdy ma swoje własne demony, rajt? Ja moje karmię takimi chwilami.

Tracę polot, wiesz?


/Nas - Memory Lane (Sittin' In Da Park)

sobota, 2 lutego 2008

90: and my kind kinsman, warriors all, adieu

Od lat śnię ten sam sen. Siadamy razem na plaży i milczymy. Bo wszystko zostało już kiedyś powiedziane, prawda? Próbuję coś powiedzieć, ale jest już za późno. Jesteś poza zasięgiem moich palców. To tylko centymetr, ale równie dobrze mogłabyś być po drugiej stronie globu. Patrzymy jak wiatr rozwiewa dym z papierosa. Mówię ci, że to alegoria życia, ale nie słyszysz. Może nie słuchasz, sam już nie wiem.

Noszę cię pod powiekami, wiesz? Jesteś ze mną zawsze gdy zamknę oczy, spotykam cię na dnie każdej butelki, w deszczu, w grzmocie piorunów, w chmurach i w słońcu. Każdego, kurwa, dnia. Mam cię po wewnętrznej stronie dłoni, w portfelu, w paczce papierosów. Stoisz na półce z książkami, siedzisz na skraju mojej wanny.

Całe życie chciałem mieć możliwość z tobą szczerej rozmowy twarzą w twarz. Teraz już wiem, że się myliłem. Miraż. Jak wszystko.

Ale teraz gdybyśmy się spotkali, nie miałbym ci już nic do powiedzenia. Mogę się tylko smutno uśmiechnąć. To mój jedyny triumf w życiu. Ma strasznie gorzki smak.
Jest już za późno na to, by żyć.

Przejdźcie się jeszcze raz bulwarem głupców. Spójrzcie na samych siebie. Mnie tam nie znajdziecie. Bo ja to pierdolę.


Może kiedyś się spotkamy.

Może w innym życiu.

poniedziałek, 28 stycznia 2008

wiesz czym jestem, kochanie? kłębkiem nerwów i kotem, a więc sam się sobą bawię



Dobrze?
Kotku, dobrze wyjdę robiąc odwrót albo pogrzeb i wyjdę dobrze na fotce na nagrobku,
więc odpuść sobie, że niepotrzebnie się spinam i te recepty na stres - nie czytam Cosmopolitan

No.


czwartek, 24 stycznia 2008

jebać czyli pierdolić

Nawet nie chce mi się iść po skarpetki. Tak jak wyszedłem z łazienki, tak siedzę przed monitorem. Mam to w dupie.
Pisanie jest gówno warte. Wyjeżdżam do Mongolii. Będę pił kumys i strzelał z łuku.
A jak się nie podoba, to idź się nabij na chuj.
To by było na tyle.

I mam przesyt muzyki. Jakakolwiek forma sztuki zrobiła się dla mnie ostatnio za trudna. Nawet jeśli miałaby to być historia o ciężkim życiu czarnych w projectach w Queens.
Nawet, kurwa, to.

niedziela, 13 stycznia 2008

hartuję wkurwienie jak toledańską stal



Jubileuszowy 87. post. Słownie: osiemdziesiąty siódmy.
Pytanie: Czemu jubileuszowy?
Odpowiedź: Bo chuj ci w dupę.


Kto spojrzał w twarz Gorgonie, ten podobno zamieniał się w kamień. Powiedziałem dziś o tym małolatom nad basenem. Nigdy nie słyszeli o Gorgonie. Pewnie nigdy nie słyszeli o niczym, czego w ciągu ostatniego tygodnia nie pokazano w telewizji.

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Escucha, la ciudad respirando...



Śnieg chrzęści pod stopami, ale ja tego nie słyszę. Słuchawki wciśnięte w uszy dudnią, dźwięk rozpływa się w mojej głowie. Chodzę w kółko po obcym miejscu, słuchając Black Stara. I wszystko wraca. Pierdolony bumerang.
Breathe in, breathe out.
I can't take it y'all, I can feel the city breathing...
Jest 2008. Ciesz się, człowieku.
Łamię już pióro na każdej pierdolonej frazie. To zły znak.
Zastanawiam się czy tego nie olać i nie przestać pisać.
Wszystko mi jedno.



/Black Star - Respiration f. Common

środa, 26 grudnia 2007

leksykon


nostalgicznie
eklektyzm
reminiscencje
synkretyzm
melancholia
synergia
kot
trzask
wajb
łamignat
kolektyw

kilka z moich ulubionych słów




A na dzisiaj '96. Huczy. Jak ja pierdolę.
/PMD - Rugged-N-Raw

piątek, 14 grudnia 2007

jesiotr dobry skurwiel



Jesiotr zawsze spoko, aaa?!
Ostatnio mam mało czasu na pisanie, bo pracuję, a jak nie pracuję, to nic nie robię. A nicnierobienie jest w kurwę absorbujące. Tak, tak, dziatki. Dobrze przeczytaliście.
W kurwę.
Czytam trylogię husycką Sapkowskiego. Zacząłem jednak od końca, od trzeciego tomu. Trzeba się jakoś odżegnać od filisterskiego bydła, cnie? Wszystkie cykle będę chyba czytał od końca. To może być ciekawe przeżycie.
No i będę offowy w chuj.
Last Christmas, I gave you my heart... Last Christmas...
To jest dopiero, kurwa, coś.
Idę robić carbonarę. Szalom.

Z Bulwaru Głupców mówiłem ja, Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy.






/Strange Fruit Project - You (The Only Ones)

czwartek, 22 listopada 2007

Aries, czyli, kurwa, baran

Miał rogi zakręcone jak ślimaki i strasznie dużo jarał.
Niespiłowanym kopytem unosił do ust grubego jointa i głęboko się zaciągał. Dym wypuszczał powoli, kącikiem lekko uchylonych ust. Uwielbiał to.
Potem wydawało mu się, że jest Proustem i szedł w stronę Swanna.
Nie miał pojęcia kim jest Swann, nie znał nikogo o tym imieniu, ale wytrwale starał się iść.
Ludzie mówili, że był głupi.
A w końcu to był tylko baran.




/UNKLE - Be There f. Ian Brown

środa, 14 listopada 2007

w 80 postów dokoła świata



Wiem, wiem.
Ale się staram, kurwa.
Naprawdę bardzo mocno się staram.
Jak ja pierdolę.


/The Orb - Vuja De

czwartek, 25 października 2007

kiedy

Nie miał szczęścia.
Rodzice nazwali go Rabadomahopoloulirotulus. W skrócie mówiono Chuj.
Kiedy chciał zrobić śniadanie, grzanka zablokowała się w tosterze i ten spłonął, łyżka w mikrofali eksplodowała rozsiewając po domu ostre jak sam skurwysyn strzępki metalu.
Poirytowany założył kurtkę i buty i wyszedł z domu.
Gdy tak szedł ulicą, rozmyślając o pechu, towarzyszącym mu całe życie, drogę zastąpił mu mężczyzna w prochowcu i fedorze. Wyciągnął rewolwer mówiąc:
- Jaime Lannister śle pozdrowienia.
Po czym wręczył mu kartkę, na której był adres Józka Rakiety, handlującego na targowisku używanymi słoikami.
W Skrócie Chuj wepchnął kartkę do kieszeni i wrócił do domu.
Wyciągnął ze skarpety zawieszonej na ścianie denar Mieszka I i wyszedł. Był to prezent od Świętego Mikołaja, jak sądził. Skarpeta wszak pojawiła się w Boże Narodzenie.
Kiedy wtoczył się do domu po pasterce, najebany w siwy dym, w miejscu, gdzie wisiał gwasz Chagalla, kołysała się czarna skarpeta, z łatą na piecie. Kto inny mógł mu ją dać niż Mikołaj?
Kiedy dotarł pod wskazany adres, okazało się że zamiast targowiska był port, zamiast straganu magazyn, a zamiast starego Józka pluton egzekucyjny z Thompsonami.
Zdecydowanie nie miał szczęścia.

poniedziałek, 22 października 2007

erich maria remarque



Komunikat z frontu:
Lud zadecydował, że władzę będzie sprawować Ebi Smolarek. W powszechnych, tajnych, bezpośrednich i absolutniekurwanierównych wyborach uzyskał kwalifikowaną większość 67,5%, co stawia go tuż za śliwowicą.
Smolarek i jego partia, PoS (Partia o. Smolarka), nie chcąc dzielić się władzą, dokonała w nocy przewrotu i zamknęła śliwowicę w kredensie, gdzie oczekuje na sprawiedliwy proces.

Z Warszawy,
korespondent wojenny
C.H.Ujek

piątek, 19 października 2007

outever

strasznie mi z tego powodu wszystko jedno



/aRCSIN - The Circular Blades Of Jake

niedziela, 14 października 2007

in ur citey douin parkur

Stoję w futrze na rogu ulicy i ćmię papierosa. Srebrne lisy tungańskie to gatunek wymarły. Od wczoraj.
Ostatniego skurwiela mam właśnie na sobie.
Skrzę się miriadami barw, jak światło puszczone przez diament.
Superpimp.
Dziwko.
I zapomnij o Yamakasi. Legendy parkouru były wczoraj w twoim mieście. Znajdujemy wolność w tym, co wy omijacie każdego dnia, rozumiesz.
Schodzimy na dół po schodach, naciskamy dzwonek i za ciężkimi, metalowymi drzwiami znajdujemy azyl.
Z głośników sączy się muzyka, my też sączymy i rozmawiamy tak naprawdę o niczym. Każdy mówi o czymś innym, mimo to się dogadujemy. A może właśnie dlatego?
Czuję się jak Baudelaire. Wypuszczam kółko z dymu.
Biedny Villon, myślę. Za jego czasów nie było papierosów.

środa, 10 października 2007

będzie mi brak tego, jak kogoś martwego

I'm really gonna miss you, jak u Prestona.
Ale nic to nie zmieni.
Po prostu.
Was.

sobota, 6 października 2007

hell of a trip

Jesteście tylko pierdoloną cegłą w murze, z mózgami z papier-maché.
Pamiętajcie o tym.

poniedziałek, 1 października 2007

8 million stories to tell

Chciałbym mieć dziesięć miliardów naboi, po jednym dla każdego człowieka i każdej ze spraw. Mierząc wolno i dokładnie, zamykałbym to, czego nie dokończyłem z jakichśtam powodów.
Bang bang! Kolejna dwójka z listy odhaczona.
Bo w sumie kto by tak nie chciał?
Ostateczne rozwiązanie, proste i satysfakcjonujące.
Chuja tam. Ze wszystkim po kolei trzeba się użerać, żeby nie było za łatwo.
1 października, przejebane. Te kilka głupich szlaczków na kalendarzu uświadamia mi, że wakacje właśnie się skończyły. Kolejne bezproduktywne, dodam.
Osiem milionów myśli na sekundę, 7 999 999 z tego nawet ja uważam za bezsensowne, równie bezsensowne jak pisanie tutaj.
Marzę żeby rzucić to wszystko w chuj, znów śni mi się Nepal, choć Finlandią też bym nie pogardził.

Mam dla was osiem milionów historii, wszystkie przesycone chłodnym wiatrem od morza, spadającymi liśćmi, papierosowym dymem, melancholią i zgrzytaniem zębów. I wkurwieniem, narastającymi z dnia na dzień, niczym desperacja Dantesa by się wydostać.
Osiem milionów. Jedna historia za każdą rzecz, za którą tęsknię - i jeszcze zostanie mi dla niejednej Szecherezady, I tell you that.

sobota, 22 września 2007

jałowe gówno

Ludzie bywają dziwkami, i to nie tylko kobiety.
Ale chyba jednak one częściej.

będę tęsknił, ale nie żałuję, jak Edith Piaf #1



Parki mają klimat. Niesamowity.
Od razu załącza się memory lane, jak na Illmaticu.
Pies na detoksie, Gdynianka, Głupek, Chwaszczyno, Taize, pierwszy blant, piwo na dachu po śniadaniu o 14, pierwsze browary mrożone w śnieżnej zaspie, petardy w skrzynkach na listy, Wu-Tang, Rakim, 2Pac, Nas, kiwanie głową do zajebistej pętli, Tarasy, piwo na rondzie we mgle, przy akompaniamencie stukotu kół pociągu, szampany w garażach, Illmatic na molo do piątej rano, Diuna po raz pierwszy, myśli za gówniarza "świat jest nasz", jak u Scarface'a, Tylko dla Orłów, Dirty Dozen, One Love pierwszy raz w słuchawkach, Beastie, Hey Joe, Baldur's Gate na starym pececie, noce zarwane z Tekkenem z padami w dłoniach, kobiety z przeszłości, do których nie czuję nawet sympatii, może pożądanie, pierwszy Hemingway, Hobbit dawno, dawno temu, Tomek Szklarski, Winnetou i Trzech Muszkieterów, trochę Szekspira, garść wysokiej sztuki, więcej mainstreamu, pierwsze najki, osiemnastki, pierwsze razy po pijaku, kac-zabójca po Sopocie, Małdyty, pierwsze wrażenie, bo nigdy nie masz okazji zrobić go drugi raz, Fight Club, Sergio Leone, wszystko.
Będę tęsknił, ale nie żałuję, jak Edith Piaf.
Flashback, rozumiesz.
Tyle.

piątek, 21 września 2007

just a state of mind



Kiedyś było inaczej, to fakt. I, kurwa, nie mów mi, że nie.
I nie chodzi o to czy tamto, bo tak naprawdę zmieniła się tylko jedna rzecz, ale za to kurewsko ważna.
Stan umysłu, bracie. Bez feelingu, jak sequel Żądła.
Idę blaszanym mostem, obrazek pt. "Harlem nocą", metal dudni pod stopami. Szerokim łukiem omijam pawia, bo najacze całe w rzygach to słaba opcja.
Przechuj.
Tak jakby ktoś władował na wózek wszystkie puste myśli wszechświata i kazał mi go wciągnąć na K2.

Pieprzyć to. Chodźmy na kręgle.

piątek, 7 września 2007

caught in a wasted state of mind



caught in a stasis
feel like I've wasted all this time
with people and places
who've never related or desired


that's my fucking STATE OF MIND

środa, 5 września 2007

kacboxing again

Człap-człap-szuru-szuru. Człap.
Zombie-ja idzie do kuchni po coś do picia.
Wygrzebałem się z pościeli, sturlałem z łóżka, cudem omijając szafkę nocną.
Teraz powłócząc nogami kieruję się w stronę wody. Na kacu jestem jak różdżka do wykrywania żył wodnych, kumasz.
Pan Kac pod moją czaszką awanturuje się strasznie, wręcz kurewsko.
Znów jestem rozciągnięty i rozmyty. Coś tam koduję podprogowo, ale to chyba nic nie znaczy.


Pytanie na dzisiaj:
Czy jak będę jadł wszystko z keczupem, to będzie oznaczało, że jestem czarny?



/...And You Will Know Us By The Trail Of Dead - Wasted State Of Mind/

wtorek, 4 września 2007

simon says #2

Mądrzy ludzie (kolejność przypadkowa):
Dylan, Boccacio, ja, Van Gogh (tylko trochę), Hugh Grant (też nie do końca), Masta Ace, ja, Robin Williams, Prince (czasem), Warren Beatty (tylko raz), Belizariusz, Wyrwidąb i Waligóra, Ważniak, Sowa, Oscar Wilde, ja, Brummel, pani Gienia z warzywniaka, Janosik, ja, Ernest H. (daiquiri!!!), ludzie mądrzy, ludzie, którzy byli mądrzy, ci, którzy będą mądrzy, będący mądrzy, nie-Aga, Quincy, Flava Flav, Han Solo, Deckard, ja, Indiana Jones, Atos, Janusz Gajos, ja, Chicot, Henryk VIII, George Clinton, ja, Bernie Mac.

PS: Pomysł pożyczony co prawda, ale chuj.

PPS: Naprawdę myśleliście, że Flava Flav jest mądry, że to na poważnie? Jeśli tak, to już wiecie czemu nie znaleźliście się na liście.

niedziela, 2 września 2007

nokturn

Podkurcza nogi na fotelu, niemal zwija się w kłębek. Błądząc myślami nie wiadomo gdzie, pali spliffa i wpatruje się w pustkę, poza granice widzialnego. Odgarnia niesforny kosmyk z twarzy, wypuszcza dym. W powietrzu unosi się nokturn, wypełniając sobą cały pokój.
Dym unosi się ku sufitowi, tworząc wzorzyste spirale i esy-floresy, układa się w fantasmagoryczne kształty, jakby pulsując własnym życiem.
Gasi niedopałek w popielniczce i obejmuje rękoma kolana, kiwając lekko głową do wtóru pianina.



/Gonzales - Overnight/

sobota, 1 września 2007

simon says

Jeśli masz białe buty, zostaw w nich białe sznurowadła.
Ludzie, którzy mają brzydkie buty, nie są godni zaufania.
Kobiety z małymi cyckami też nie.
Jeśli słuchasz tylko jednego rodzaju muzyki, jest spora szansa, że jesteś debilem.
Nie słuchaj kogoś, kto mówi, że w życiu nie chodzi o picie. Nie ma racji.
Jeśli nie czujesz się dobrze, to najprawdopodobniej jest ci źle.
Nie ufaj abstynentom. Abstynenci to esbecy.
Jeśli ktoś sika z dachu cytując Szekspira, to najprawdopodobniej jestem to ja.
Simon says.

Przemyśl to.

kałnterstrajk of makafakafołn




Bosonodzy Ninja wrócili. W niepełnym składzie, ale wciąż w słońcu, z podwiniętymi nogawkami, piwem i kacem.
Pogoda przemistrz, samopoczucie gorsze. Stendbaj, czaisz. Czuję jak bym gonił ostatkiem sił.
Ale ciężko, kurwa, nie być zmęczonym. Było dość ostro.
Black Thought kołysze mnie do snu, walczę z telefonem wysyłając wiadomości za ocean.
Siedem Purpurowych Serc, suko! Siedem, kurwa.
Above or under the law.
Why wciąż miażdży.
Sen.

(Jak do końca wytrzyźwieję, ogarnę się, etc i tak dalej, to może coś tu napiszę. Ale na waszym miejscu nieszczególnie bym na to liczył.)


/The Roots - Why (What's Goin' On?)

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

hałas theory

W głośnikach tętni Tobin, twórczo niestety nie myślę.
Staram się, ale póki co tylko leniwie przepycham do przodu dzień za dniem.
Wyciągnąłem się dziś na kanapie, przywarłem do skóry, skrzypiącej przy każdym poruszeniu i oglądałem filmy. Bez popcornu ani czipsów, więc co to za oglądanie filmów, rajt?
Wciąż nie mogę napisać nic sensownego. Nie wiem.
Poczytałem na wikipedii o Mossadzie, królu Tajlandii oraz jubilerstwie.
Muszę się wyrwać.

Może pojadę do wód?



/Amon Tobin - Theme From Battery/

niedziela, 26 sierpnia 2007

I reminisce on park jams

Na pytanie czy ją znasz, odpowiadasz, że można tak powiedzieć. Że była twoją żoną przez ponad miesiąc. Nijak ma się to do sześciogodzinnego małżeństwa Valentina, ale on był bogiem. Ludzie wytrzeszczają oczy i kręcą głowami, ale starasz się nie przejmować się tym. Jest ciężko, wiem. Nigdy zresztą nie było łatwo, a już na pewno nie od rozpadu Fat Boysów. Wszystkie następne tragedie były jedynie logicznym następstwem tego wydarzenia.
Chciałbyś, tak jak i ja, usiąść w parku, z piwem i słuchawkami na uszach, wtłaczającymi w membranę ten wajb. Naprawdę brakuje mi tamtych czasów, kumasz. Głównie tego stanu umysłu, ale i swobody. Teraz też jest mnóstwo zajebistych rzeczy, ale nie jest lepiej. A skoro nie jest lepiej, to jest gorzej. Stagnacja koniec końców oznacza regres. Fuck that shit, word, word. Fuck that other shit.
Przy Free The Robots i Blue Herb mam stany ekstatyczne, ale płaczę przy Illmatic'u.
Brakuje mi słuchania muzyki, w pełnym tego słowa znaczeniu. Słuchawki, wytarte buty i cruising po mieście.
Just a state of mind.

sobota, 25 sierpnia 2007

appleseed

Całe lato tęskniłem za jabłkami. Soczystymi, twardymi, lekko kwaskowatymi - takimi, jakie nałogowo jadłem jako dziecko. To mój smak dzieciństwa, rozumiesz.
Bo do tej pory to te jabłka trochę po chuju były. Mało aromatyczne, niezbyt słodkie i niezbyt soczyste. Nawet nie można tego jabłkami nazwać.
Ten sam poziom pokrewieństwa, co wypociny Masłowskiej z literaturą.
A dobre jabłko to jest to.
Japko rocks.

sobota, 18 sierpnia 2007

on a train bound for nowhere

son, I've made my life of reading people's faces
and knowing what their cards were by the way they held their eyes
so if you don't mind my saying, I can see you're out of aces


-


where them years go?



/People Under The Stairs - Flex Off/

opowieść o Malinowym Ogrodzie

Bardzo ciężko jest mi ustać na nogach, głowa pulsuje tępym bólem, jestem odwodniony, który to już raz? Poluzowuję kołnierzyk, wypijam lampkę szampana jednym haustem, uśmiecham się do rodziny i podchodzę do kelnerki. Strzelam z flesza uśmiechem nr 1, tym zarezerwowanym dla kobiet, których nigdy więcej nie zobaczę, ekspedientek, kasjerek i właśnie kelnerek i wskazując na kieliszek pytam czy mogę wymienić pusty na jego pełnego kuzyna. Młoda dupa, uśmiecha się i podaje mi z tacy kolejną lampkę. Biorę dwie, odwracam się i wypijam na raz, od jednego przechylenia.
- Też sobie nie radzisz z życiem, co? - zagaduje mnie ulubiona kuzynka, starsza o paręnaście lat.
- A kto z nas sobie radzi? - odpowiadam trzaskając kolejny kieliszek.
Szampan stawia mnie trochę na nogi, jestem jako tako w stanie funkcjonować. Żołądek zaczyna powoli działać. Noc była ciężka, jak każda w tych czasach.
Cały klan zebrał się na spotkaniu, zjechali się z całej Polski. W garniturach i letnich sukienkach perorują o wszystkim i niczym, prawdziwe konsylium specjalistów w każdej dziedzinie. Ale zmieniłem się, widzę to, bo wtrącam się do rozmowy, opowiadam jakąś historię, zabawiam ludzi. Spoważniałem, tak mi się wydaje.
Na stole nie ma już żadnego alkoholu, a mnie dręczy kac-zabójca.
Ale przynajmniej się staram.

piątek, 17 sierpnia 2007

et de don

Przyszła do mnie o świcie. Usiadła na fotelu przy biurku i nachyliła się w moją stronę. Dmuchnięciem odrzuciła lok z czoła, pokręciła głową. Nie musiałem o nic pytać, żeby wiedzieć, że jest niezadowolona. Zawsze okazywała emocje, zresztą towarzyszy mi całe życie, odkąd pamiętam. Znamy się od zawsze.
Kręci jeszcze raz głową, a ja wiem, że to nie jest w porządku. Że nie powinno tak być, bo to głupie, bezsensowne i kompletnie nie fair. Ale jednocześnie nic nie mogę poradzić, bo to już nie zależy ode mnie. Nic ode mnie nie zależy.
Kiedy się budzę, jej już nie ma. Tylko w powietrzu unosi się zapach jej perfum, który tak dobrze znam.
"Ja pierdolę, zajebisty stuff" myślę, siadając na łóżku.



/
...And You Will Know Us By The Trail Of Dead

środa, 15 sierpnia 2007

wenecki nie-kupiec

Beżowy garnitur przysiada się bez słowa do stolika, obraca w sękatych dłoniach małe bolero, płynnym ruchem poprawia fular na szyi, zamawia latte. Jest ciepły, wenecki poranek. wspaniałe, posągowe miasto pokryte patyną czasu i gołębim gównem furkocze pracując na pełnych obrotach. Beżowy garnitur rozsiada się wygodnie na plecionym fotelu w najstarszej i najsłynniejszej kawiarni świata i przerzuca wzrok ponad brukowanym mostem z kiczowatymi gargulcami, na pośladki turystki w białych szortach. Uda mają złocisty odcień brzoskwini, boleśnie wrzynają się w ludzką świadomość.
Beżowy garnitur kręci głową z cichym westchnieniem, zapala camela i upija łyk kawy, przyniesionej właśnie przez kędzierzawego kelnera.
Jest wyśmienita.

środa, 1 sierpnia 2007

for a taste of your whiskey

lol wut?!

son, I've made my life of reading people's faces
jak Kerouac Jack, jeśli wiesz o czym mówię

you shook Sinatra's hand, you should know better
sierpień, kurwa

hold 'em rocks
for real it does

nie jest cool

wtorek, 31 lipca 2007

spóźniony wtorek

Drapię się w policzek i próbuję skoncentrować. Zostało mi dziewięć dni, a w głowie mam kompletną pustkę. Wciąż, pomimo usilnych prób, nie mogę się ogarnąć i wrzucić wyższego biegu. W końcu podjąłem decyzję odnośnie rzucenia pracy, która sprawiała, że byłem poirytowany i wkurwiony.
Staram się regularnie upijać, z pozytywnym rezultatem.
Wytraciłem gdzieś pokłady energii, odnalezione pod koniec roku akademickiego. Zatoczyłem koło i wróciłem do marazmu, co mnie poniekąd przeraziło. Jak zwykle przerażenie wzbudziło potem moją wesołość. Typowe, kurwa.
Wyjazd odbył się pod znakiem starego niebieskookiego Francisa Alberta, który w pasiastym garniturze spoglądał na nas przez wymiary i uśmiechał się z zadowoleniem - a przynajmniej taką mam nadzieję. Następny będzie El-P. To znaczy Elvis.
"Każdy rozsądny człowiek powinien lansować kilka wymyślonych przez siebie teorii, z którymi w żadnym stopniu się nie zgadza."
Brzmię coraz bardziej jak Wilde, prawda?

"Są tylko dwa miejsca, w których można odnaleźć całkowitą prostotę - cmentarz i klub ze striptizem. Jak już znudzą ci się cmentarze, spróbuj klubów.

sobota, 7 lipca 2007

superegotrip

Brama i najlepszy performance ever, bez instrumentów.
Jedność z muzyką. Byłem jak Red Hoci i orkiestra symfoniczna w jednym.
Jak Dali, tyle że bez wąsów, toczę wzrokiem wokół i napierdalam takie riffy, że nie uwierzysz.
Fowistyczny bas i kubistyczna gitara, tak to wyglądało. I głos Boga.

Trip, jednym słowem.
I to jaki.



/Blue Skies Black Death - They Came Around/


PS: Carmen Queasy mnie zniszczyło. Przenicowało i przewlekło na drugą stronę, ja jebię. P-r-z-e-m-i-s-t-r-z.

piątek, 6 lipca 2007

Shelter From The Storm [Alternate Casablanca Take]

Casablanca, kurwa.
Ze wszystkich knajp, we wszystkich miastach, na całym świecie, ona wchodzi do mojej.
Było to absolutnie nieprawdopodobne, ale mogłem się tego spodziewać. To nie mogło się tak skończyć.
I nie skończyło.
Wyglądała świetnie. Czas był dla niej bardzo łaskawy. Dla mnie mniej.
Jej oczy straciły trochę ze swej wesołości, nabrały za to mądrości i głębi. Dżinsy, oliwkowa kurtka, niski obcas. Wyszlachetniała i spoważniała, ale wciąż zdarzało jej się rzucać spod jasnej grzywki filuterne spojrzenie małego chochlika, jak przed laty. Dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałem.
Ramieniem obejmował ją wysoki blondyn w letnim garniturze, biznesmen czy prawnik. Człowiek sukcesu. Władczy, pewny siebie sukinkot z wypchanym portfelem, pasujący tu jak tort weselny w masarni.
Zauważyłem ją w tym samym momencie, co ona mnie. Zamówiłem jeszcze jednego podwójnego burbona i zaciągnąłem się camelem.
Próbowałem pić daiquiri i być Hemingwayem, ale się nie udało. Kurewsko ciężki kawałek chleba. Whiskey miała lepszy, bardziej cierpko-gorzki smak. Jak moje samopoczucie.
Kiedy weszli do knajpy, on, dżentelmen, oczywiście przytrzymujący drzwi i puszczający ją przodem, Sam akurat kończył grać (czemu, kurwa, Sam? życie kopiuje sztukę częściej niż nam się wydaje).
Grał "Shelter From The Storm" Dylana, utwór, którego ona nie lubiła, a ja kochałem. Zawahała się, ale nie mogła udać, że mnie nie zauważyła. A ja nie mogłem się nie uśmiechnąć, bo gdy szła w moją stronę, Sam śpiewał ostatnią zwrotkę.
"Beauty walks on a razor's edge, someday I'll make it mine, well, I'm living in a foreign country but I'm bound to cross the line, If only I could turn back the clock to when God and her were born, "Come in" she said "I'll give you shelter from the storm".
Wiedziałem, że tego na pewno nie powie.
Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy bez słowa. Nadziany sukinkot stał trochę z boku, zagubiony i niepewny, co sprawiło mi wielką przyjemność.
- Czas ci służy - odezwałem się wreszcie.
- Tobie też - skłamała.
Nie wygladam wcale dobrze, wiem o tym. Ale to nie pierwsze jej kłamstwo, więc co to za różnica?
Znów patrzymy sobie w oczy, ale kontakt jest płytki i powierzchowny. Nie mamy o czym rozmawiać. Po tylu latach nie mamy sobie nic do powiedzenia.
Spacerujemy nabrzeżem, jest chłodno jak na tę porę roku. Odstawiła nadzianego sukinkota do hotelu, wstawiając mu zapewne jakąś banalną gadkę, jak zawsze.
Al Iskandariyah.
Próbujemy szczerze porozmawiać, otrzymujemy substytut rozmowy. Tak naprawdę żadne z nas tego nie chce.
Przez moment myślę, że przyjechała tutaj, na drugi koniec świata by mnie ściągnąć, bo mówi:
- Wróć do kraju. Ludzie tego chcą.
Uśmiecham się smutno i wciągam dym do płuc.
- Ludzie czy ty?
Ucieka ze spojrzeniem na bok, dowodząc że jednak traci klasę. Kiedyś kłamała bez zająknienia, bez mrugnięcia okiem.
- Wszyscy chcą.
- Wrócę - kłamię.
Całuje mnie w policzek na pożegnanie i wraca do hotelu, ja zrobić tournee po tawernach.
Nigdy więcej się nie spotkaliśmy.



/The Beat Konducta - Sitar Ride/

quest-love/ions

Zestaw pytań na dziś:

1. W jakim modelu Nike'ów chodził Sinatra?
2. Czy Kerouac jadał w KFC?
3. Kto był pierwszym twórcą awangardowym w historii?
4. Kiedy uwolni się roboty?
5. Gdzie jest jutro?
6. Czy Jezus wróci w glanach?

Odpowiedzi proszę zaznaczyć czarnym cienkopisem na arkuszu odpowiedzi, kartkę zgiąć na pół i wrzucić do urny. Urna jedzie do dakarskiego zoo, jako prezent od bratniego narodu polskiego.
Dziękuję za uwagę.


/Maxim - Scheming/

czwartek, 5 lipca 2007

times they are a-changin' po raz again

Ludzie, których kiedyś wielbiłeś i uważałeś za absolutnie genialnych, wydają ci się teraz całkiem przeciętni. Kiedyś można było za nich oddać życie, teraz są zwykli i prozaiczni. Jakby nie mieli tego czegoś, kurwa, ja pierdolę...
Now...
To ja się zmieniłem czy Ty, kurwa?
Times are strange, indeed.
Ja chyba nie.
Chyba, kurwa, nie...
Może jak Ja.Ke. zapiję się na śmierć. Bo w sumie czemu nie?
AS the present now will later be past...


W drodze.


/Free The Robots - Yoga Fire/

środa, 4 lipca 2007

All Along The Watchtower

Musi być stąd jakieś wyjście - powiedział Joker do Złodzieja.
Złodziej nie skomentował, dalej stał oparty o swojego choppera, w lekceważącej pozie, spowity papierosowym dymem. Złodziej nie odpowiadał zbyt często. Miał to w dupie.
Dżoker uniósł do czoła dłoń w rękawiczce bez palców i zmierzwił rude włosy.
Poprawił kołnierz płaszcza i oparł nogę o motor.
- Potrzebuję spokoju, człowieku.
Złodziej strzelił kiepem do kałuży kilka metrów niżej w głąb kanionu.
- To typowy przykład wyzysku człowieka. Bogaci frajerzy piją mój alkohol, pierdoleni potentaci zabierają mi ziemię. Nie mają pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, kurwa.
- Nie podniecaj się tak - łagodnie powiedział Złodziej. - Przecież życie to tylko żart, dobrze o tym wiemy.
Wyprostował się, otrzepał z pyłu skórzaną kurtkę.
- Przeszliśmy przez to całe gówno, jesteśmy już ponad tym, człowieku. Dobra, koniec tego pierdolenia. Zaczyna się robić późno.
Wsiedli na choppery i wyjebali z tej dziury.


Wyplułem to jak flegmę. Powyższe jest zrobione z naprawdę dziwnej substancji.
Aż sam się zastanawiam.

-

I GET A KICK OUT OF YOU
Swoją droga ciekawe o jakie kicksy Francisowi chodziło. Pewnie o jakieś dunki.

/The Opus - Underearth/


PS: James Bond powróci w filmie "From Rasiak with Love", if you ask me.

wtorek, 3 lipca 2007

The Roots, The Roots is on fire

Nad Babimi Dołami unosił się duch Hendrixa. Tysiące ludzi brodząc w błocie, z opaskami na rękach i chrzczonym piwem w plastikowych kubkach, nie zdawały sobie z tego sprawy. Zawsze gdy używa się Star-Spangled Banner w celach antywojennych, Jimi poprawia czerwoną opaskę i leci na obchód. Zobaczyć co i jak, kumasz.
Tak jak było na Rootsach.
Rozjebali. Absolutnie, dokumentnie i całkowicie, kurwa, genialnie. Wdeptali mnie w błoto, co najmniej jedną rzeczą. Cały performance był niesamowity, nie tak energiczny jak Beastie czy Muse, ale nie o to chodzi. Jeden moment przeważył, że to Rootsi dla mnie byli najlepsi na całym Open'erze.
Jak zagrali "Masters of War" Dylana na melodię hymnu amerykańskiego.
Kurwa mać.
Ludzie nie wiedzieli co jest grane.

Come, you masters of war...
You that build the big guns,
You that build the death planes
You that build all the bombs,
You that hide behind walls
You that hide behind desks
I just want you to know
I can see behind your masks...

You that never done nothing
But build to destroy
You play with my world
Like it's your little toy
You put a gun in my hand
And you hide from my eyes
And you turn and run farther
When the fast bullets fly...

Like Judas of old
You lie and deceive
The world war can be won
You want me to believe
But I see through your eyes
And I see through your brains
Like I see through the water
That runs down my drains...

Stałem trzymając się za głowę, po plecach przechodziły mi ciarki. Poczułem, że mam namiastkę tego, co ludzie na Woodstocku, back in the days.
A Hendrix kiwając głową zaciągał się jointem i obserwował ludzi z góry.


Link:
http://www.sendspace.com/file/1rk7g9

czwartek, 28 czerwca 2007

shorty

Wyprany, rozciągnięty, nierzeczywisty. Czuję się jak widmo Hendrixa na dworcu na Kacku.
Jak masło rozsmarowane na zbyt dużej kromce chleba.
I chuj.

W tej chwili nie cieszy mnie nawet jutrzejszy Open'er.

mid finger

środa, 27 czerwca 2007

shelter from the Storm, part II

- Jak zginął? - gwardziści zdumieli się słysząc w głosie Tristana de Marque jakąś bolesną, cichą nutę. - Kto...
Twarz byłego kondotiera nie wyrażała żadnych emocji, ale ciemne oczy lśniły złowrogim, matowym blaskiem, gdy w ciszy przypatrywał się leżącemu na marach Blaise'owi i sześciu rycerzom wokół jego ciała.
- Żaden człowiek nie może się tym poszczycić - odparł Brayden po dłuższej chwili milczenia - Ktoś wraził mu włócznię pod żebra, ktoś inny trafił go z łuku. Raz.. Drugą strzałę odbił.. Odbił w locie i dopadł strzelca. Nikt więcej nie odważył się strzelić. Otrzymał jeszcze kilka ciosów, ale żaden nie zdołał go powalić.. W końcu jednak.. Krew lała się z niego strumieniami, panie.. Gdy w końcu padł, był już blady jak wapno...
Zatopiony w rozmyślaniach de Marque nie zwracał uwagi na schodzących się ludzi. Złaknieni sensacji zbiegli na dziedziniec, słysząc o odnalezieniu ciała księcia Storma. Wieść lotem błyskawicy obiegła gniewski zamek, tłumek wciąż rósł.
Z zadumy wyrwał go dopiero cichy szept, doskonale słyszalny w ciszy jaka nastała. Był jak trzaśnięcie bicza.
- Przeklęci Stormowie...
Lord Lyonesse obrócił się na pięcie. Wszędzie wokół byli ludzie. Sfora zamkowych piesków, pragnących zaskarbić sobie łaskę nowego pana. Kiedy na nich patrzył, ich twarze miały taki sam usłużny i nieszczery wyraz. Nie wiedział, kto to powiedział, ale nie miało to znaczenia.
Był wściekły.
- Możecie sądzić, że to, co zrobiłem, znaczy że nie szanowałem Blaise'a Storma. Moich racji nie będę wam wyłuszczyć, bo i tak byście tego nie pojęli. Możecie też sądzić, że pogardliwe odnoszenie się do niego teraz, kiedy nie żyje, zaskarbi wam moją wdzięczność. ..
Urwał i spojrzał na dworaków, którzy nagle stracili poprzedni rezon i stali mnąc, brzegi szat, nie wiedząc co ze sobą począć. Cedząc słowa, szedł w ich stronę.
- Nic bardziej błędnego. Wszelkie próby szkalowania zmarłego księcia poczytam za osobistą zniewagę. Tak jak i układanie peanów ku jego czci, by mi się przypodobać. - stanął niemal pierś w pierś z brzuchatym mężczyzną, który usiłował zachować zimną krew. Bez skutku. - Czy... Wyraziłem... Się... Jasno?
Grubas usłużnie kiwnął głową, słyszalnie przełykając ślinę. Reszta poszła za jego przykładem.
- Cieszy mnie to. Rozejść się.
Nie zaszczycając zebranych ani jednym spojrzeniem więcej, odwrócił się i podszedł do wyprężonych jak struna gwardzistów, którzy z dłońmi na rękojeściach mieczy otaczali ciało Storma.
- Szanuję was. Za poświęcenie i oddanie swojemu księciu, nawet po jego śmierci. I za to, że mieliście odwagę przybyć tu z jego ciałem, choć mogliście zostać straceni. Niewielu was już zostało. Zwłoki księcia Blaise'a jeszcze nie ostygły, a lud porzucił przegraną sprawę i zaczął łasić się do nowego władcy. Szanuję was, panowie, i dziękuję wam za to. Odwagę należy szanować, nawet u wrogów. - spojrzał Breydenowi w oczy - Lub szczególnie u nich.
Skinął im głową i odwrócił się zamierzając odejść. Chwilę stał w milczeniu, plecami do rycerz, po czym znów się obrócił.
- Nie żądam byście mnie kochali. Możecie mnie nie cierpieć, ale wymagam szacunku, tak jak ja wam go okazuję. Możecie wierzyć lub nie, ale książę Blaise nie był mi wrogiem. I nikt nie będzie ponosić konsekwencji za to, że był mu wierny. Dlatego nie mogę nie cenić ludzi, którzy na przekór wszystkiemu mieli odwagę być towarzyszami Blaise'a Storma. A takich ludzi, z kręgosłupem, będzie potrzebować Ainor - tu, na miejscu. Decyzja należy do was, panowie. Macie siedem dni.
Skłonił się, zamiótł płaszczem i przeszedł przez pustoszejący dziedziniec, skrzypiąc skórzanymi butami. Wszędzie wokół słychać było gorączkowe szepty.
Milczeli tylko Gwardziści nieżyjącego już księcia Storma, stojąc, niczym na warcie, przy jego ciele.


Krypta emanowała chłodem. Nie był to przenikający do kości ziąb, jakiego można się było spodziewać o tej porze roku, a chłód jaki zawsze panuje w podziemiach. Było cicho i spokojnie. Nikt ani nic nie zakłócało spoczynku książąt Stormów, czekających w marmurowym grobowcu na zasunięcie pokrywy. Nikt, prócz Tristana de Marque, księcia Ainoru. Księcia faktycznie, formalnie bowiem koronacja jeszcze się nie odbyła. Najpierw pogrzeb. Nie przejął się demonstracją podczas pogrzebu. Lud był mocny tylko w większej grupie, i tylko z prowodyrem. Kiedy wrzuci się Stormów do ziemi, a życie będzie toczyć się dalej, lud o nich zapomni. Dlatego Tristan się tym nie przejął.
Siedział na krześle przysuniętym do sarkofagu i wpatrywał się w książęcą parę. Ręka śmierci wygładziła ostre, harde rysy zmarłego księcia. Blady, z zamkniętymi oczami, wyglądałby jak by śnił - lub raczej wyglądałby, gdyby nie liczne rany. Tchnącą nieziemskim spokojem twarz znaczyły nowe blizny, z boku szyi ziała spora rana, jakby zadana młotem. Jednak grabarze sprawili się świetnie i niemal można było wziąć Blaise'a za śpiącego. Niemal.
Gdy przyniesiono zwłoki księcia, były one pokryte zakrzepłą krwią z dziesiątek ran, sprawiając wrażenie jakby tańczył w rzeźni. Porównanie było trafne, biorąc pod uwagę co się działo pod Północnym Portem.
Na rozkaz de Marque'a tuzin grabarzy dokładał wszelkich starań, by obmyć ciało Blaise'a, upudrować, zamaskować rany i blizny. Proponowano by pochować Storma w książęcych szatach, ale Tristan sprzeciwił się, wiedząc, że Blaise najpierw był wojownikiem, dopiero potem księciem. Zbrojmistrze wyczyścili jego zbroję i oręż, załatali dziury, zmyli krew, bowiem przyszły władca Ainoru życzył sobie, by pochowano zmarłego tak, jak zginął.
Twarz Blaise'a Storma emanowała takim spokojem, że Tristan począł mu zazdrościć wyzwolenia od trosk doczesnych. Ręce miał skrzyżowane na adamantytowej kolczudze. Na serdecznym palcu tkwił pierścień z herbem Ainoru, replika książęcej pieczęci. Na szarych włosach spoczywała cienka mitra wykonana ze złota, wykonana przez gniewskich złotników. Po bokach spoczywały sejmitary Blaise'a, które Tristan włożył do trumny na ceremonii pogrzebowej.
Tristan rozchylił jedwabną koszulę i rozsupłał wiszący na szyi woreczek. Wyciągnął z niego cienki, lśniący wisior, z figurką w kształcie smoka. Naszyjnik Arthura Pendragona, relikwia sprzed lat, którą najemnik od bitwy pod Camlann nosił w woreczku na szyi. Jako przypomnienie minionej chwały i poświęcenia. Nie mógł się jednak zmusić żeby zawiesić smoka na szyi, tak jak nosił go przed laty, kiedy był młody i pełen pasji. Zważył wisior w dłoni i cicho westchnął. Wstał, nachylił się nad ciałem Blaise'a, uniósł jego głowę i założył mu naszyjnik, tak że smok lśnił srebrnym blaskiem na sercu zmarłego księcia.
- Oby służył ci lepiej, kamracie... - wyszeptał w ciszy jaka panowała w krypcie, patrząc na szarowłosego księcia.
Stał w milczeniu opierając się dłońmi o krawędź sarkofagu, usiłując wyryć w swojej pamięci twarz człowieka, który miał za chwilę zostać pogrzebany. Wiedział, że tych rysów zapomnieć nigdy nie zdoła. Mogli być braćmi, towarzyszami broni, a zostali wrogami i Tristan doprowadził do śmierci Blaise'a. Pocieszał się, że wybór nie należał do niego, że to Los decydował - ale wiedział, że to bzdura. Mógł sobie wmawiać, że do upadku Storma doprowadziła jego arogancja, lekkomyślność, brawura i brak politycznego wyczucia i niewątpliwie była to prawda. Ale prawdą też było, że gdyby nie Tristan de Marque, Blaise Storm wciąż by żył. I prawdopodobnie byłby zwycięski.
To była osobista klątwa Tristana - jedna z wielu. Musiał walczyć przeciw tym, którzy byli jego towarzyszami, a może i czymś więcej. Ze wszystkich ludzi, biorących udział w tej wojnie, Blaise Storm był do lorda Lyonesse najbardziej podobny. I dlatego Tristan de Marque stał nad ciałem martwego księcia, czując się winny. Bardzo rzadkie uczucie, jak na pragmatycznego i surowego psa wojny, jakim wszak był. Bardzo rzadkie.
Oby bardziej poszczęściło ci się po tej drugiej stronie, kamracie, pomyślał nachylając się nad ciałem. Mam nadzieję, że odnalazłeś spokój, przyjacielu. U boku żony i dziecka, tak jak i ja bym chciał. Ale to nie jest takie proste. Zanim odejdę i tak jak ty, złączę się z bliskimi, muszę coś jeszcze zrobić. My nie zostawiamy spraw niedokończonych, prawda, kamracie rębajło? Nie my. Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumiesz i mi wybaczysz. Kiedy stanę przed tobą, trzymając na ręku malutkiego Victora, u boku Iseult i ty zrozumiesz, bo wszystko będziesz wiedział. Wszystko będzie jasne, kamracie. I pójdziemy do tych skurwieli, co pociągają za sznureczki, na samą górę. I utniemy sobie z nimi pogawędkę.
Bo to nie może być tak, że na tym świecie zwycięża tylko skurwysyństwo, a wszelkie wartości chowa się do grobu z każdym umierającym przyjacielem. Bo to jest po prostu, kurwa, niesprawiedliwe...

Były najemnik otarł wierzchem dłoni łzę, która spłynęła po zarośniętym policzku. Pokręcił głową, uśmiechając się gorzko. Nie sądził, że zwycięstwo będzie miało taki smak. Nie tego chciał.
- Poczekaj na mnie, kamracie. Niedługo do ciebie dołączę. - wyszeptał nachylając się nad ciałem. Spojrzał ostatni raz na twarz Storma, odwrócił się i wyszedł z krypty. Zaraz po nim weszli grabarze, mający spuścić trumnę w głąb grobowca i zasunąć pokrywę.
Zgrzyt kamiennych płyt oznajmił światu, że książę Blaise Storm powrócił do ziemi, która go zrodziła.
Zaczęły bić dzwony.


Gniewska katedra była wypełniono po brzegi. W dniach poprzedzających koronację, kapłani robili wszystko by przywrócić świątynię Heironeousowi. I trzeba przyznać że im się udało. Puszyli się teraz w bocznych stallach, z zadowoleniem patrząc na porozmieszczane wszędzie symbole Niezwyciężonego, zwiastujące koniec Korda na ainorskiej ziemi. Nowym władcom pomysł ten się nie podobał, ale taka była umowa z krzyżowcami. Tristan nie dbał o religię i nie miał zamiaru pozwolić Kościołowi mieszać się do polityki, ale wiedział jak często wiara bywała zarzewiem konfliktów. Dlatego też w nowym Ainorze Kościół realnej władzy mieć nie mógł.
Z tłumu pęczniejących z dumy duchownych wyróżniał się Konrad Befelhorn, blady, rozgorączkowany i kaszlący krwią. Czuł na karku lodowatą rękę Śmierci i wszyscy byli tego świadomi. "Święty" nie był już w stanie sam chodzić, zmieniając się z krzepkiego wojownika w strzęp człowieka. O ile Niebiosa nie zamierzały interweniować, jego los był przesądzony.
Losy Ainoru jednak wciąż się ważyły. W kościelnych ławach siedzieli rycerze, nobile, oficjele, patrycjusze. Wszyscy niepewni jutra, zgromadzeni tu jako potwierdzenie sukcesu Tristana de Marque. Byli stroną przegraną, ale jak bardzo przegraną, miało się jeszcze okazać. Jak na każdej zmianie władzy, i na tej można było zyskać. Zawsze tak było, że zmiany dziejowe jednych spychały na dno, innych dźwigały na szczyt.
Siedzieli więc, nerwowo mnąc mankiety, czekając na nowego władcę. Wszystkich ożywiała ta sama nadzieja - że uda im się wyjść na swoje. Ze za rządów de Marque'ów będą ważniejsi niż za panowania Stormów. Nikt jednak się nie łudził - byli tu, bo innego wyjścia nie mieli. Choć słowa Tristana nosiły znamiona prośby, wszyscy wiedzieli że w istocie jest to ultimatum.
W bocznych stallach, bliżej ołtarza siedzieli wygrani. Nie miernoty, które uczepiły się w ostatniej chwili nóg de Marque'a, wyczuwając atawistycznym instynktem, kto będzie górą. W zdobionych fotelach, uśmiechnięci, zrelaksowani siedzieli prawdziwi zwycięzcy.
Lord Generał Marron z Mitrik, Wielki Mistrz Zakonu Miecza Niezwyciężonego, w szmelcowanym napierśniku przewiązanym błękitną szarfą, który przeszedł długą drogę od wyrzutka i pogardzanego renegata, do bohatera wojennego i jednej z najważniejszych osób w Ainorze. Harda twarz rycerza nie wyrażała żadnych emocji, ale orzechowe oczy lśniły gorączkowo. Marron z Mitrik nie mógł na tej wojnie wyjść lepiej.
Obok siedział Milan de Vries, w wamsie ze złotym lwem Lyonesse na białym polu, uśmiechający się do pięknych mieszczek i żon rycerzy. Normalnie od tego uśmiechu kobietom miękły kolana, ale teraz nikt niemal nie zwracał na de Vriesa uwagi. Moment był zbyt doniosły. Obok siedzieli generałowie Vandeleur i Kiss, ważne figury w armii nowego Ainoru, magowie Craster i Cartagena, którzy szybko doszli do porozumienia i rozważali możliwości naprawienia ainorskiej matrycy. Był i wysoki, wąsaty Martin Isenhart, i ponury Morgan, i wszyscy inni oficerowie wojsk Tristana de Marque. Brakowało tylko Blizny, ale nikogo to nie zdziwiło.
Był za to Godwin Orakliusz, który dzięki bogatemu strojowi i pomocy balwierza niemal nie przypominał przywódcy plebejskiego hufca, osobnik niezbyt sympatyczny, ale przydatny i obdarzony wielkim autorytetem u ludu.
Pod ścianą, markotny i posępny siedział Forken Tallan, w asyście swoich najbliższych towarzyszy. Jego ciało spowijało liczne bandaże, poruszał się o kulach, a na twarzy widniała paskudna, świeża szrama - ale żył. Na polu bitwy spotkał się z księciem Stormem, który nie pozostawił mu złudzeń, co do tego kto jest lepszym wojownikiem. Jednak Strażnik Zagłady żył, a Blaise Storm nie.
Gorączkowe szepty umilkły jak nożem uciął. Paziowie ogłosili Tristana i Gabrielle de Marque. Tristan nie przypominał tego dzikiego dowódcy najemników. Krótko ostrzyżony, ze starannie przyciętą brodą wyglądał niecodziennie. Jeszcze bardziej dziwił brak broni, z którą lord Lyonesse się nie rozstawał - ale koniec końców była to koronacja. Szata z purporowego atłasu spływała do samej ziemi, nadawała mu iście królewski wygląd.
Jego żona wyglądał niemniej olśniewająco. Z dumnie uniesioną głową majestatycznie szła u boku męża, wzbudzając podziw i zachwyt ciemnozieloną, błyszczącą suknią. Ciemne oczy błyszczały radośnie, ale zachowywała kamienny wyraz twarzy. Czekała na tę chwilę całe życie.
W milczeniu szli nawą główną, pomiędzy siedzącymi możnymi, świadomi powagi chwili. Rzucili Ainor na kolana, tak jak planowali. Teraz największe osobistości tego właśnie Ainoru przyglądały się ich koronacji. Do ołtarza nie było daleko, ale szli wolno, napawając się chwilą triumfu. Jego Eminencja Benedict Llorente, kardynał i głowa Kościoła Heironeousa, wygładził szatę i poprawił tiarę. Tajemnicza choroba Befelhorna otworzyła Llorentemu drogę do najwyższych kościelnych godności. I Tristan miał pewność, że Kościół będzie kooperować. Benedict Llorente, z serdecznym uśmiechem na niemłodej twarzy czekający przed ołtarzem, zawdzięczał de Marque'om zbyt wiele.
I dlatego bez szemrania wziął z czerwonej poduszki książęcą mitrę i z radością w sercu położył ja na skroniach najpierw Gabrielli, a później Tristana, klęczących przed ołtarzem. Był to ostatni raz, kiedy były najemnik przed kimkolwiek klękał. Powstał z klęczek, rytualnie ucałował kardynała w oba policzki i powiódł wzrokiem po zebranych. Nareszcie. Książę Tristan de Marque. Kościelne dzwony rozbrzmiały triumfalnym Te Deum. Towarzysze księcia wstali i zaczęli śpiewać, jakby dokładając wszelkich starań by zagłuszyć organy. Po kolei dołączali się do nich Ainorczycy, nie chcąc narażać się nowym władcom. Były renegat i najemnik nie mógł się nie uśmiechnąć.
Spojrzał kątem oka na Gabrielle. Ukradkiem ocierała łzy szczęścia, starając się by nie rozmazać makijażu. To była jej chwila triumfu. Uśmiechnął się szerzej i pocałował żonę w policzek.


Był wieczór po koronacji. Sala biesiadna gniewskiego zamku wypełniona była ludźmi, tak jak wcześniej katedra. Przy ustawionych w podkowę stołach siedzieli towarzysze książęcej pary, rycerze, duchowni, notable, ministrowie, wszystkie najważniejsze osoby w Ainorze. Wszak ich miejsce było u boku księcia - a księciem teraz był Tristan de Marque. W królewskim płaszczu z soboli, z mitrą na ciemnych włosach wyglądał władczo. Na jego ustach błądził uśmiech, gdy unosił w toaście zdobiony puchar. Obok niego, na identycznym, wysokim krześle siedział księżna Gabrielle, która promieniała z radości. Kształtne, upierścienione dłonie zaciskała na rzeźbionych poręczach fotela, odpowiadając uśmiechem na gratulacje i wyrazy uznania. Zwycięstwo, odzyskanie ojczyzny i koronacja sprawiły że wypiękniała. Wydawało się, że ma niespożytą energię. Ale w końcu do tego dążyła. I po to był jej Tristan de Marque.
Książę Ainoru uniósł kielich, przepijając do Marron z Mitrik - dokładnie jak parę miesięcy wcześniej, na początku wojny. Były renegat uniósł kielich, uśmiechając się typowym, wilczym uśmiechem. Tristan wiedział, że współpraca między nimi będzie owocna.
Milan de Vries wstał od stołu i uniósł kielich w toaście.
- Zdrowie książęcej pary! - krzyknął.
- Zdrowie! - odpowiedzieli chóralnym rykiem biesiadnicy.
- Niech nam żyją! - wydarł się podpity Sandor Kiss.
Tu, w przeciwieństwie do koronacji w katedrze, gratulacje były w większości szczere. Gros ucztujących byli to bowiem towarzysze Tristana i ludzie, którzy zawdzięczali mu stanowiska w nowym Ainorze.
Zaczęły się śpiewy, do sali wkroczyła trupa kuglarzy, mająca zabawiać gości, którzy już tylko pili. Właściwa uczta skończyła się już jakiś czas temu - i choć wystawna, daleka była od ekstrawagancji. Ot, bażanty, kapłony, dzik z rożna, wielkie patery z owocami, wyroby cukierników, rzec można: standard na książęcym dworze. Szczególnie w takiej chwili.
Biesiadnicy klaskali w dłonie obserwując zmagania wielkiego osiłka z niedźwiedziem, a potem kuglarza, który z zawiązanymi oczami skakał po stole, nie strącając ani jednego przedmiotu. Wiele było takich dziwów, których ucztujący wcześnie nie widzieli, ale też sporo było wyeksploatowanych. Jednak podchmieleni biesiadnicy się tym nie przejmowali. Dla większości z nich był to moment triumfu, ich chwila. Byli zwycięzcami.
Mało kto zauważył zniknięcie największego zwycięzcy, księcia Tristana.


W purpurowym płaszczu narzuconym na ramiona i książęcą mitrą na głowie stał na balkonie gniewskiego zamku i spoglądał na rozciągającą się poniżej stolicę Ainoru. Jego Ainoru. Pomimo późnej pory, miasto nie spało. Jakże by mogło, w dzień koronacji nowego księcia? Choćby nawet i obcego, choćby i nielubianego. Bądź co bądź był festyn dla ludzi, dzień wolny od pracy, chwila wytchnienia w znoju codziennej harówki.
Obrócił się słysząc ciche kroki na płytach tarasu.
- Coś się stało? - spytała księżna podchodząc do męża i opierając się obok niego o balustradę.
- Dostałem list od Remy'ego, z Pellak. Jestem regentem na czas małoletniości Tormunda Storma - powiedział cicho spoglądając na ognie rozpalone wokół Gniewu przez obozujących ludzi. Pomyślał że jeszcze trochę czasu upłynie zanim przestaną być obcy.
- Naprawdę?
Spojrzał na żonę, cieszącą się jak dziecko. Ale w końcu byli sami, mogła sobie pozwolić na zrzucenie maski. Zarzuciła mu ramiona na szyję, jak mała dziewczynka. Nie dziwił jej się.
Pokiwał głową z lekkim uśmiechem i objął ją ramieniem. Nic ich nie łączyło, zawarli małżeństwo z rozsądku, ale lubili się nawzajem. Nie mogli się też nie cenić, szczególnie w takiej chwili, jak ta, będąca zwieńczeniem ich wszystkich planów i wspólnych knowań. Uczyli się na sobie polegać i mieli zadatki na dobrą książęcą parę.
Gabrielle pocałowała męża w policzek i uśmiechnęła się leciutko.
- Idę zabawiać gości. Pewnie już zauważyli nieobecność księcia i księżnej i robią zakłady o płeć potomka, nad którym zapewne usilnie pracujemy. Nie dawajmy im jeszcze okazji do plotek.
- Idź, idź. Zaraz dojdę. Potrzebuję świeżego powietrza.
Księżna zaszeleściła suknią i zniknęła w drzwiach. Tristan oparł się o balustradę i pogrążył w zadumie. Pół roku temu nie posiadał nic, teraz był księciem Ainoru i regentem sąsiedniego, dużo większego, Bissel. Przeciw niemu była Senecja, Trzy Granie, być może i Rustycja, ale miał poparcie Trybunału. I Thornwardu.
Miał wiele czasu na zlikwidowanie opozycji. Na razie był tylko Regentem, ale kto wie... Pewnego dnia...
Uśmiechnął się i spojrzał w rozgwieżdżone niebo.
Zwycięstwo miało gorzko-słodki smak, jak zawsze. Gorycz brała się ze śmierci Blaise'a, z setek ofiar tej wojny, ze wspomnień Tristana i w końcu z tego, że pomysłodawca całego przedsięwzięcia nie żył. Jeden z najtęższych umysłów tej części świata spoczywał gdzieś w bisselskiej ziemi i Tristan obiecał sobie, że sprowadzi jego ciało i pochowa z wielką, należną mu pompą.
Najbardziej ironiczne było to, że ta osoba, jego ojciec, zginął za księcia Blaise'a Storma. Krótko po tym, jak miał niebagatelny wpływ na zabicie Wielkiego Księcia Bissel, Lorangina Kollmana.
Prałat Lionel de Marque, w służbie Heironeousa. Dziedzic Lyonesse, który zerwał z rodzinną tradycją, przełamał geas, uprościł nazwisko i został duchownym. Na krótko przed swoją śmiercią, wysłał synowi list, prosząc o spotkanie. Wiadomość zastała de Marque'a gdy przepijał pieniądze z ostatniej wojny, spłukanego i bez przydziału. Zerwał kontakty z ojcem dwadzieścia lat wcześniej, uciekając z Bissel i wstępując na służbę do Arthura Pendragona.
Historia zataczała koło.
Tristan zastanawiał się, czy Blaise Storm identycznie stał na balkonie, gdy został księciem. Pewnie tak.
Byli do siebie tak podobni... Tyle że Tristan nie miał zamiaru dać się zabić. Był sprytniejszy, bardziej cyniczny i planował żyć jeszcze długo.
I na chwilę obecną wszystko układało się doskonale. Miał Ainor, miał Bissel. Zamierzał mieć jeszcze więcej, marzył o imperium. Za te wszystkie chude lata, za tułaczkę i poniewierkę...
A nawet jeśli się nie uda, jeśli władanie go znudzi, to szlak będzie czekać. Jak wierna kochanka, gotowa zawsze przygarnąć.
Wyprostował się i spojrzał w niebo skrzące się dziesiątkami mrugających gwiazd. Odmrugnął im, jak zwykł czynić mając lat dwadzieścia.
Północny wiatr przyniósł pieśń. Wsłuchał się w słowa i zaśmiał. Dość perliście.
Kurwa, zawsze mogę zostać muzykiem...

poniedziałek, 25 czerwca 2007

nienawidzę poniedziałków

Jak Kot w Shreku 2. Nienawidzę.
Zachrypnięty, przepity głos w słuchawce uświadamia mi, że od kilku minut trwa zaliczenie poprawkowe, o którym zapomniałem na śmierć. Zrywam się z łóżka, boksuję się z kacem. W kuchni zeruję sok, pół litra od jednego przechylenia. Uzupełniam poziom płynu w organizmie. Nie mam czasu na prysznic, a śmierdzi ode mnie alkoholem, śmierdzi kacem. Nie robię nawet kawy, i tak jestem w ciemnej dupie. Pięć minut po przebudzenia wychodzę z domu, trę półprzymknięte oczy. Znów upierdoliłem buty, brodząc w wodzie i biegając po piasku. Nie wszystko pamiętam.

Ale to, że na uczelni mam przejebane jak bąk, owszem. Nie sposób zapomnieć.
Wpadam do sali, z półgodzinnym ponad spóźnieniem i kompletną pustką w głowie. Biorę od kumpla skrypt, przelatuję go wzrokiem. Wystarczy pierwsze spojrzenie i już wiem, że nie dam rady.
A jednak daję.
Wpadam do innej sali, przepraszam za spóźnienie, wyjaśniam, że zaliczałem co innego. Wszyscy i tak widzą, że poprzedniego wieczoru nad książkami nie spędziłem. Kiwam głową blademu gościowi, który siedzi pod ścianą. Piliśmy razem. Biorę od kobiety szczegółowy zakres materiału, bo trochę poleciałem w chuja, i w tym roku, i w zeszłym, ustalam termin i wracam do domu.
Trzeba domknąć wszystkie sprawy - zanim przyjdą Niemcy.

niedziela, 24 czerwca 2007

shelter from the Storm

Tristan de Marque dysząc ciężko stał na stosie trupów, opierając się na mieczu. Krew z rany na czole zalewała mu oczy, żłobiąc bruzdy w warstwie kurzu i pyłu osiadłym na jego twarzy. Cały był zbryzgany obificie posoką, głównie przeciwnika, choć trochę jego krwi utoczono. Nie wiedział ilu ludzi zabił, zresztą nigdy nie liczył trupów. Nie zabijał dla przyjemności. Jednak w tym boju nie było czasu ani sposobności na liczenie. Niewiele takich rzezi widział, a widział już wiele. Wojna była jego rzemiosłem.
Jednak to, co zdarzyło się tego pamiętnego dnia, w wigilię dnia Sw. Kryspina, pod Północnym Portem, jak kronikarze wspominali tę bitwę, przemawiało nawet do starych żołnierzy. To była istna rzeź, na śmierć i życie. Nikt nie błagał pardonu i nikt go nie dawał. Brat walczył przeciw bratu, sąsiad przeciw sąsiadowi, a zupełnie obcy sobie ludzie bili się ramię w ramię, stając się braćmi - bo tylko krew cementuje przyjaźń, jak u dzikich. Tego dnia szukali się na polu bitwy Tristan de Marque i Blaise Storm, ale znaleźć się nie zdołali. Choć książę Ainoru jak lew miotał się po polu bitwy, zabijając kolejnych wrogów, nie zdołał dopaść tych, których dopaść chciał najbardziej. Los nie dał mu możliwości spotkania ani z jenerałem Marronem z Mitrik, ani z Luttem "Pokutnikiem", ani z Konrad Befelhornem i Tristanem de Marque, których szukał najzawzięciej.
Powód miał istotny, szczególnie jeśli chodzi o Lorda Lyonesse. On to bowiem doprowadził do klęski Storma i rzucił Ainor na kolana, zwracając się przeciw księciu Blaise'owi. Hufce jego i Befelhorna miały zadać krucjacie ostateczny cios i przechylić szalę zwycięstwa na stronę Ainoru. Zamiast tego jednak uderzyły na Ainorczyków i siłą rozpędu zepchnęły ich w stronę rzeki, przygważdżając do Reala, bez szansy na ratunek. Ainorscy żołnierze otrząsnęli się jednak szybko z zaskoczenia i, wiedząc że ujść nie zdołają, postanowili drogo sprzedać swoją skórę.
I de Marque musiał przyznać, że im się udało. Miejsce, w którym teraz stał, w zakolu rzeki, było świadkiem najkrwawszego starcia, gdzie hufiec Lorda Lyonesse walczył z elitą wojsk księcia Storma. Ainorczycy, którym śmierć zajrzała w oczy, nie zamierzali się poddawać. W ostatniej, rozpaczliwej szarży starli się z ludźmi Milana de Vriesa. Walczyli zaciekle, w milczeniu. Trup za trupem padał na skrwawioną ziemię, która chciwie wchłaniała posokę, tak od niej czerwoną, że wydawało się, że walczą na pokładach gliny. Milan de Vries wrócił do swojego dowódcy bez połowy oddziału, z krwią lejącą się z twarzy i mieczem złamanym u rękojeści, ale za to prowadził dowódcę straży przybocznej księcia Storma na arkanie.
Bitwa dogorywała. Niedobitki ainorskiej armii składały broń, bowiem morze krwi, jaka została przelana tego dnia, sprawiła że obie strony się opamiętały. Szał bitewny opadł, opadły emocje, zniknęła krwiożerczość zastępiona przez trwogę w obliczu takiej rzezi. Ale tego wszystkiego Tristan de Marque wiedzieć nie mógł, zasłonięty rzeką i drzewami.
Ciężko usiadł na pniaku ściętego drzewa i otarł przedramieniem twarz. Wszędzie wokół były trupy, i Ainorczyków, i krzyżowców, i jego ludzi. Real zrobił się czerwony od krwi, która spływała po zboczu do rzeki. Lord Lyonesse nie miał pojęcia, kto wygrał i w tej chwili nie dbał o to. Widział Milana, kusztykającego, ze strzałą wbitą w nogę, kędzierzawego de Lobau z ułomkiem włóczni wbitym w bok. Wszędzie wokół byli wydający przeraźliwe jęki ranni i trupy, skłute sulicami, naszpikowane strzałami, pocięte mieczami.
Takiej jatki Tristan nie pamiętał od lat. Od Camlann.
Obok niego usiadł jenerał Marron, krzywiąc się. Rozorane włócznią biodro doskwierało mu bardziej niż twardy renegat dawał po sobie poznać. Bez słowa wyciągnął ku Tristanowi bukłak. Kondotier zwilżył zaschnięte usta i splunął krwią z przygryzionego w walce języka.
- Jak myślisz, kto wygrał? - spytał zmęczonym, cichym głosem Marron z Mitrik, z chrypą świadczącym o tym, że zdarł gardło wywrzaskując przez całą bitwę komendy. De Marque spojrzał na towarzysza, potem powiódł wzrokiem po stosach trupów.
- Co to, kurwa, za różnica?
Jenerał wyjął mu z ręki bukłak i pociągnął łyk.
- Też, kurwa, racja.
Spomiędzy drzew wyjechał mężczyzna w czerwono-niebieskich barwach z białym proporcem. Jego wygląd wskazywał na udział w bitwie, i to czynny. Zeskoczył z konia, i choć nogi ugięły się pod nim w kontatkcie z ziemi, ustał. Omijając trupy zaczął iść w stronę najemników.
- Hrabia Tristan de Marque?
- Tak? - nie był w stanie uwierzyć, że jeszcze ktoś mu zawraca głowę. Pewnie żądają poddania, przemknęło mu przez myśl.
- Jestem lord Evan Montjoy, herald Ainoru. Na polu bitwy gdy pytałem o dowódcę wskazano mi ciebie, panie. Trochę zajęło mi odszukanie ciebie, alem słyszał, że walczyliście nad rzeką, i oto jestem.
- Chcesz prosić żebyśmy złożyli broń, mój panie?
- Złożyli broń? - oczy Montjoya wyrażały zdumienie. - Przybyłem prosić byśmy mogli objechać pobojowisko i zebrać naszych zmarłych, aby godnie ich pochować.
Wokół herolda i dwójki dowódców zaczęli gromadzić się ocalali - kuśtykając i wspierając się jeden na drugim grupowali się wokół tej trójki, zaciekawieni co ainorski poseł ma do przekazania.
- Kiedy ja nie wiem, kto wygrał...
- Wy, panie. Dzień jest wasz.
- Wygraliśmy... - wyszeptał Tristan de Marque.
- Chcieliśmy prosić o pokój. Dość już śmierci z powodu Blaise'a Storma.
- Wasz książę był człowiekiem dzielnym i godnym szacunku, lordzie Montjoy.
Po raz wtóry Evan Montjoy się zdziwił.
- Myślałem, że...
Kondotier pokręcił głową i uciął.
- W takim razie źle myśleliście, panie.
Dźwignął się na nogi i pomógł Marronowi wstać. Dumny jenerał był zbyt zmęczony by odrzucić pomoc i wsparł się na jego ramieniu.
- Lodzie Montjoy, chciałbym ci przedstawić Marrona z Mitrik, wielkiego wodza i wojownika.
Ainorski poseł, choć czuł się skrępowany, wyciągnął dłoń, którą renegat po chwili wahania uścisnął.
- Słyszałem - odrzekł kiwając głową - Choć przyznać muszę, że niezbyt pochlebne rzeczy, jeśli waści nie urażę...
Wilczy generał zaśmiał się chrapliwie.
- O nas dwóch z reguły mówi się niepochlebne rzeczy, lordzie Montjoy. Ale to się zmieni, macie moje słowo - sparodiował żołnierski salut - W końcu, jak to mówią, historię piszą zwycięzcy.
Tristan de Marque podszedł do zwłok swojego giermka, piętnastoletniego Crispina. Chłopak walczył dzielnie, ale dopiero teraz Tristan zauważył ranę na piersi. Ukląkł, dźwignął ciało i wyprostował się. Wojna była sprawą mężczyzn, nie powinny na niej ginąć dzieci. Zaczął iść pomiędzy trupami, kierując się w stronę miasta i rzucił okiem na Montjoya.
- Czy książę Blaise...
Ainorczyk pokręcił głową.
- Nie znaleziono jego ciała.
- Jeszcze - rzucił Marron idąc obok Montjoya i de Marque'a.
Za nimi ciągnęli ocaleli żołnierze. Podpierając się na gałęziach, skrwawieni i zmordowani sunęli za swoimi dowódcami. I wciąż ich przybywało. Sprawni podnosili z ziemi rannych i pomagali im iść.
Rychło do długiej kolumny dołączył Konrad Befelhorn, który widocznie walczył w pobliżu. Na widok Tristana i Marrona uśmiechnął się i Lord Lyonesse również mu odpowiedział uśmiechem. Nie przepadał za "Swiętym", z wzajemnością, ale Befelhorn wiele mu zawdzięczał. Jednak pomimo poprzednich niepowodzeń, Tristan nie mógł zaprzeczyć, że Befelhorn pomógł w ostatecznym zwycięstwie. Ochlapany krwią, w powgniatanym i poszarpanym napierśniku szedł u boku kondotierów, a razem z nim krzyżowcy. Jakiś bogobojny żołnierz zaczął nucić pieśń, którą wnet podchwycili inni i tęskny, żałośliwy psalm ku czci Heironeousa rozbrzmiewał w lasku, którym szli, z początku cicho, z każdą chwilą potężniejąc, dla wierzących jako widomy znak łaski ich pana, dla de Marque'a jako bitewne rekwiem.
Non nobis domine, domine...
Non nobis domine
Sed nomine, sed nomine
tuo da gloriam...

- Mówią, że starsza córka Petryla Martella, niech mu ziemia lekką będzie, jest twoją małżonką, panie... - zaczął Montjoy.
De Marque skinął głową.
- Owszem, ale porozmawiamy o tym później.
Evan Montjoy skłonił głowę i w milczeniu szedł obok zasłuchanego w pieść Tristana, niosącego w ramionach ciało chłopca.
Non nobis domine, domine,
Non nobis domine,
Sed nomine, sed nomine
tuo da gloriam...
Non nobis domine, domine,
Non nobis domine,
Sed nomine, sed nomine
tuo da gloriam...



Było po bitwie. Blaise Storm przepadł bez wieści, dowódcy ainorskiej armii zginęli lub dostali się do niewoli, było więc i po wojnie. Nad Realem, w drodze na Gniew stały jeszcze resztki armii Ainoru, ale w obliczu klęski pod Północnym Portem i zniknięcia, a prawdopodobnie i śmierci, księcia Storma nikt nie łudził się, że wynik wojny jest przesądzony. Szczególnie, że jak się okazało, krzyżowcy nie ponieśli tak dotkliwych strat jak początkowo sądzono i dość szybko byli gotowi do kontynuowania marszu. Jednak takiej potrzeby nie było. Członkowie znamienitych ainorskich rodów dostali się do niewoli i ich rodziny nie chciały ryzykować zgładzenia jeńców.
Błyskawicznie okolicę obiegła wieść o powrocie jedynej córki margrabiego Martell, prawowitej dziedziczki tronu, za którą zbrojnie stał jej mąż, Tristan de Marque. Ludzie mówili, że książęca para nie żyła, tak samo jak ich dzieci i nie było głębszego sensu w dalszym przelewaniu krwi. Szczególnie, że przelewać nie było jej za kogo. Spora część Ainorczyków, pod nieformalnym przywództwem Evana Montjoya złożyła kapitulację i poprosiła Gabrielę Martell-de Marque, żeby przywróciła księstwu pokój. Jak wnet się okazało, krzyżowcy przeciw temu nic nie mieli, bowiem Tristan de Marque skaptował i Marrona z Mitrik, i Konrada Befelhorna, i Godwina Orakliusza. Popierał go również wzgardzony przez księcia Storma Forken Tallan, a także ainorski wywiad. Gdy Tristan i Gabriela potwierdzili, że uczynią Kościół Heironeousa religią oficjalną, na czele którego stanie Befelhorn i ogłosili, że pewien procent dochodów będzie przekazywany Kościołowi, krzyżowcy nie oponowali. Cel został osiągnięty. A "klika de Marque'a", jak nazwał ich jakiś dowcipniś przemawiała niejako z pozycji siły. Część z krzyżowców postanowiła także skorzystać z oferty Blaise'a Storma, którą ponowili Tristan i Gabriela, i osiedlić się na ziemiach Ainoru. De Marque'owie ogłosili również amnestię dla wszystkich biorących udział w wojnie Ainorczyków, nie chcąc dalszego przelewu krwi i wyruszyli w triumfalny pochód w stronę Gniewu.
W tym samym niemal czasie do Pellak wyruszyło poselstwo, w skład którego wchodził rycerski Remy de Lobau, będący najlepszą rekomendację dla Tristana de Marque, a także kilku duchownych z Kościoła Heironeousa, wysłanych przez Konrada Befelhorna, szykującego się do objęcia stanowiska arcybiskupa Ainoru, jak również grupa zakonnych rycerzy z ramienia Marrona z Mitrik. Cel poselstwa był jasny: tron Bissel był wakujący. Tristan de Marque, zdobywca Ainoru i pogromca księcia Storma, miał w rękach Tormunda, wnuka "Budowniczego". Proponował intronizację małoletniego Tormunda Storma na tron Bissel i siebie samego - lub raczej z żoną - na pozycję regenta do uzyskania pełnoletności przez władcę. Któż w końcu lepiej by się do tego nadawał? De Marque udowodnił że jest zręcznym politykiem i dobrym wodzem i przywracał Ainor Bissel, czego nie zdołał uczynić poprzedni władca. Remy de Lobau miał przekazać wszystkie te argumenty w grzecznej, lecz nie usłużnej formie. Wiózł także pismo do Jonatana Deliver, ainorskiego posła w Pellak.
Ale przede wszystkim, miał wieści dla Pierwszego Namiestnika Trybunału z kandydaturą na stanowisko Namiestnika Ainoru. Była to oferta, której rozsądny Trybunał odrzucić raczej nie mógł.

wtorek, 19 czerwca 2007

there are times...

I znów, jak Jay-Z kiedyś, mówię, że to nie może być życie. Bo to się nie trzyma kupy.
Still I gotta move on, though my heart's still torn, life gone from the womb, don't worry, if it was meant to be, it'll be - soon.
Obiadokolacja o północy, jak to często bywa. Mięso zrobione naprędce, w kilka minut, jeszcze nie z takim profesjonalnym niedbalstwem, zawodowym minimalizmem, z jakim bym chciał. CSI Las Vegas, jedzenie na kolanie, co jakiś czas rzut oka na skrypt rozłożony na stole, przyklejony do blatu rozpaczliwie, tak jak ja do studiów.
Beznadziejna sytuacja.
Oczy się kleją, ssanie w żołądku, kolejny papieros na balkonie ze słuchawkami, ze wzrokiem wlepionym w światła miasta. Bo widok mam zajebisty, panorama stoczni, ze wszystkimi dźwigami i blaskiem latarni. Stukot kół przejeżdżające pociągu, niosący się poprzez noc, aż do mojej membrany. I zmęczenie, zmęczenie straszne.
Jak b-boy, ostatni sprawiedliwy, kapitan tonącego okrętu. Niewielkie szanse, by był nim Latający Holender, raczej jak zwykła krypa. Jak uda mi się pchnąć tę całą sesję, nie mam pojęcia. To nie może być życie.
Podejrzewam, że dotknąłem piekła więcej razy niż Beanie, ale czy wrócę w życie pozagrobowym?
To akurat nie spędza mi snu z powiek, życie kryje w sobie większe zagadki.
Dla mnie przynajmniej.
Przestaję już czuć cokolwiek, mieć z czymkolwiek kontakt. Chciałbym się odłączyć, zresetować, najlepiej na stałe.
Ptaki ćwierkające o trzeciej nad ranem to wszystko dziwki. Tylko wziąć garłacz i je wszystkie wystrzelać. Małe, skrzydlate, irytujace skurwiele.

Jak woda na czekoladę, powoli osiągam stan wrzenia.

---

Mój stan ducha to:
Alabama 3 - Woke Up This Morning [Chosen One Mix]


Zaczyna robić się jasno, ja pierdolę.

poniedziałek, 18 czerwca 2007

.melancholia powrotów.

Powroty mają w sobie coś z porażki, deszczu i ostatniego papierosa. Są tak pełne melancholii, niemal nią ociekają. Siedzimy na końcu PKSa podskakującego na wybojach, zmęczeni, zamyśleni, z lekko zmrużonymi oczami.
Nachylam się za oparcie, tak żeby osłoniło mnie jak będę pił piwo. Nie wiem czy w PKSach spożywanie alkoholu jest zabronione, ale coś mi mówi, że tak. Wszyscy robią to samo.
Piwo wywołuje wesołość, uaktywnia utajone procenty z dwóch poprzednich dni. Wspominamy najśmieszniejsze momenty weekendu, przerzucamy się sytuacjami jak śnieżkami za gówniarza. A wspominać jak zawsze jest co. Głowa się kiwa, zamykam oczy i słyszę Shelter From The Storm.
Wszyscy marzą o wejściu do domu, zrzucenia bagażu na podłogę, prysznicu, kolacji i łóżku, a jednak gdyby była możliwość zmiany kursu o 180 stopni i powrotu, nikt by się nie wahał.
Powroty do rzeczywistości są niezwykle ciężkie, to jak zbyt szybkie wychodzenie z głębokości. Grozi chorobą dekompresyjną.
Weekend pod egidą Jamesa Browna i B.B. Kinga. Nie potrzeba było jeziora, bo drugie takie, a nawet większe, lało się z nieba.
W PKSie gitara, wódka z sokiem i szanty. Morze to najlepszy region świata, nikt nie ma takich pieśni i tego niepodrabialnego klimatu. Dziewczyny wysiadają, chowamy gitarę.
Wszystko pryska jak bańka mydlana. Wysiadamy z Łestem na dworcu, kupujemy po piwie, pół popcornu za ostatnie pieniędzy i idziemy wypić. Nogi same niosą nas w stronę plaży, bo to już rytuał, niemal codzienność. Przewracamy śmietniki i siadamy, otwieramy butelki. Jest sentymentalnie i melancholijnie. Miasto wydaje się nieciekawe i mdłe.
Zaduma.
I niewiedza co teraz ze sobą zrobić.

czwartek, 14 czerwca 2007

okrutny okruch życia

Kawa jest mocna i słodka, a contrario, tak jak gorzka jest letnia sesja. Z mlekiem.
Kawa, nie sesja.
Sąsiadka-szprycha wróciła. Spróbuję ją zaciągnąć do łóżka, jak następnym razem przyjdzie zapłacić za miejsce parkingowe. Co mi szkodzi.
Heroes III zamiast prawa karnego, kafle na balkonie klejące się od piwa, All Along The Watchtower, okruchy życia.
Coraz płytszy oddech, nienaturalnie skrócony i ucięty. Byle do piątku, myślę patrząc na zegarek. Unikam spojrzenia na podręcznik do karnego, ale nic z tego. Przyglądamy się sobie, mierzymy się wzrokiem. Jestem twardy, przetrzymuję skurwiela. Nie ze mną te numery, cegło. Twoje pół tysiąca stron nie robi na mnie wrażenia, jestem jak Eastwood w dolarowej trylogii. Książka flaczeje, kurczy się w sobie i chowa się głęboko w okładce. Jak ślimak.
Ale wiem, że to półśrodek, że jeszcze tej nocy skurwiel wygra. Bo to nie zależy już tylko ode mnie.
Miko Miyazaki nie żyje. Szkoda, że tylko Miko.
Mia Wallace nie musi umierać na trawniku, żebym miał przejebane jak bąk. Literally.
Nie tak jak Vincent co prawda, ale zawsze, kurwa, jednak.
Wszystko płaskie, kiczowate i znajome, jak Wolfenstein 3D.

Co naprawdę powiedział joker do złodzieja?

czwartek, 7 czerwca 2007

Simple Twist of Fate

BLVD, Odsłona #1

Jednak według większości opowieści wszystko zaczęło się na nadmorskim bulwarze, rozciągającym się niczym wstęga wzdłuż wybrzeża. Podczas burzy fale wściekle tłukły o betonowy mur, przy lekkiej bryzie widać było tójkątne żagle jachtów leniwie krażących po zatoce. Na licznych, oddalonych od siebie ławkach przesiadywali młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni. Bulwar był miejscem schadzek i randek, szczególnie o zmierzchu, gdy zachodzące słońce kryło się do połowy w morzu, nadając tafli pastelowe odcienie.
Właśnie jednego z takich wieczorów się poznali. On siedział na schodach, w kurtce z postawionym kołnierzem i włosami zwichrzonymi przez wiatr, w tym dziwnym stanie świadomości, w jaki wpędza intensywne picie przez kilka dni z rzędu, gdzieś między jawą a snem. Gdy siedział tak w białych sportowych butach, z papierosem przyklejonym do wargi, martwo wpatrujący się w beton pod stopami, wydawał się niemal ułudą. Blada, przepita i przećpana apoteoza obojętności i apatii.
Ona nadchodziła od strony licznych knajpek wyrosłych na sezon jak grzyby po deszczu przy uczęszczanym bulwarze. W sukience odsłaniającej kształtne łydki i w plisowanej bluzce, cicho stukała obcasami.
Stuk, stuk, stuk.
Gdy zrównała się z nim, przystanęła. Choć stała niemal na wprost niego, nie podniósł głowy. Kontemplował beton.
- Przepraszam, masz papierosa?
Głos miała wibrujący, trochę chrapliwy, z rodzaju tych, które niosą ze sobą słodką obietnicę. Tym razem jednak przebijało z niego zdenerwowanie.
Z niepokojem zauważył, że prawy but był brudny. Poślinił palec i potarł, usiłując zetrzeć plamę. Bez skutku.
- Mam.
I to wszystko. Zadnego gestu, żadnego słowa więcej. I wciąż martwe wpatrywanie się w stopień.
- Poczęstowałbyś mnie?
Jakaś część jego umysłu mówiła, że jeśli zamknie oczy, to ten natrętny głos da mu spokój i umilknie. Podniósł głowę i ze zdziwieniem zlokalizował źródło głosu. Zobaczył szczupłą twarz o delikatnych rysach, obramowaną lokami, których kolor zatrzymał się gdzieś pomiędzy czernią a ciemnym brązem.
Znużonym ruchem wyciągnął z kieszeni paczkę, otworzył i wyciągnął w jej stronę. Wyjęła papierosa i nachyliła się, gdy szukał zapalniczki. Gdy wstał, żeby jej odpalić, odezwały się wódka, haszysz i pięćdziesiąt godzin bez snu. Zemdlał.
Ona zadzwoniła po pogotowie.
Potem byli razem.


Jakiś czas.

środa, 6 czerwca 2007

Did they get you to trade your heroes for ghosts?

A jednak się domyśliłeś. Myślałem, że jesteś już na to za stary - że wolisz hodować kurczaki i ciułać grosze...


Yesterday's New Quintet - Bitches Brew.
Uwierzysz?

poniedziałek, 28 maja 2007

Niedziela, Wielki Kack, 12:00 na tarczy

Plamy po różowym szampanie na białym t-shircie, lepiącym się do pleców. Z nieba leje się żar, siedzimy na torach, głowy ciężko się kiwają, alkoholowy oddech, syndrom dnia poprzedniego pulsujący nawet w koniuszkach palców. Zimny Redd's pity na kaca, pienistą strugą wlewany do gardła, gaszący pragnienie. Pusty portfel, ostatni papieros, wychodzenie z kaca na opuszczonym dworcu, nogawki spodni podwinięte do połowy łydki.
Bosonodzy Ninja z Zapomnianego Dworca.
Prawdziwe middle of nowhere. Czas tutaj biegnie zupełnie inaczej, zwalnia, staje się lepki i senny. Raz na kilka godzin po rozgrzanych szynach sunie anachroniczny pociąg-widmo, Niebieski Szynobus zatrzymujący się raz na 350 lat.
W oddali, skrajem lasu posuwają się trzy białe postacie. To Hendrix, Morrison i Janis Joplin, w szatach liturgicznych, niosą Graala. Nikną pomiędzy gałęziami, pojawiają się kilkanaście metrów dalej, jak migająca biała plama. Daję głowę że gdzieś przed nimi skacze przez las pierdolony jednorożec. Wierzchem dłoni ocieram kroplę potu z nosa i biorę łyk piwa.
Czas przestaje mieć znaczenie, tak jak i wszystko.
Siedemnaście razy na godzinę myślę o wyjeździe nad jezioro.

Aleksander Borodin był bardzo roztargniony. Pewnego razu wychodząc z domu, zatknął w drzwiach kartkę z napisem: "Wrócę za godzinę". Po jakimś czasie wrócił, zauważył ową kartkę i powiedział:
- Jaka szkoda! Znowu go nie zastałem! - po czym usiadł na schodach i czekał na samego siebie.

poniedziałek, 14 maja 2007

Do you know my world, do you know my kind?

"Well, I've been to the mountain, and I've been in the wind
I've been in and out of happiness
I have dined with kings, I've been offered wings
And I've never been too impressed..."

Brzmi jak moje credo, prawda? I chyba tak jest.

Siedzę na balkonie, pogoda jest zajebista. Gorąco, świeci słońce, lato pełną gębą, choć to dopiero maj. Zaciągam się papierosem, przeglądam notatki z prawa cywilnego. Jutro kolejne podejście do egzaminu, a dopiero teraz zaczynam się uczyć. To i tak zajebiście jak na mnie - zacząć przed północą? Piję kawę, oczywiście bez mleka, bo nikomu nie chciało się ruszyć dupy do sklepu. Mi też się nie chce. Na zmianę odsłuchuję "T.R.O.Y.", "On My Balcony" i remiks "The World Is Yours", mój maturalny numer. Zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój.
Pogoda jest taka, że przypominają się powroty z Sopotu z Ryndą i Bartkiem, jak piliśmy wódę w gejowskim klubie do ósmej rano, wtedy jak przyjechał ambulans i policja i jak Rynda wylądował na komendzie, a potem krył się na dachu przed policją. Nie nastraja to za bardzo do nauki, tym bardziej, że nie jestem rześki i świeży.
Weekend mnie rozciągnął i wyprał, znów czuję się rozmontowany. Marzę o położeniu się z piwem na jakiejś łączce i chilloucie, ale chuja tam. We don't need no education, ale co zrobić?
Opalam się więc na balkonie ze skryptem i staram się nie zasnąć.
Focus, motherfucker. You need to focus.

sobota, 12 maja 2007

Gdybym miał być jakimś albumem, byłbym Illmatic'iem.

Kastor de la Fere jest geniuszem. Podejrzewam, że jest to najbardziej zbliżony do ideału bohater literacki - i dlatego mnie przerósł. Jest wszystkim, czym zawsze chciałem być i nie ma absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. Rozterki i dylematy moralne po prostu do niego nie pasują, choć jest to niesamowite. Przecież to spłyca bohatera, prawda? Jasne, kurwa, i to jeszcze jak. I właśnie w tym przejawia się geniusz Kastora. Jest prosty, a jednak wielowymiarowy. Nie mogę powiedzieć, żebym to ja go stworzył. Na pewno nie w większym stopniu niż on mnie.
Kastor jest Hendrixem. Jest Dylanem, Madlibem, Yossarianem, Hollidayem i Pursewardenem, jest Wu-Tangiem i Rootsami, jest Gwiezdnymi Wojnami, jest Nowym Jorkiem, THC i burbonem, jest Tomem Waitsem ze szpadą, jest Złotem Dla Zuchwałych bez happy-endu, jest pierwszym Radioheadem, jest Nevermind Nirvany, jest Illmatic'iem, jest "Charlie Don't Surf", Brando i Bogartem, Pacino i Claptonem, jest jak Kind of Blue i Bitches Brew, jest Love Supreme, jest Felą, Elliotem Nessem, Tonym Montaną i Michałem Aniołem, jest jak ostatni krzyk wolności, jak Coca-Cola, jest wszystkimi rasami i archetypami w jednym człowieku. Jak pies na detoksie, jak proza Hemingwaya, jak Aleksandria, historia człowieka, jak fizyka kwantowa, jak zimne piwo w upalne popołudnie, joint w deszczu, jak gol zza pola karnego, jak Eric Cantona, jak dzieci słońca. Jest.
Jest mną.
Tobą.
Każdym z nas.

piątek, 11 maja 2007

Keep it on and on and on and on...

Leżę na łóżku z rękoma pod głową i patrzę w sufit. Ze słuchawek sączy się jazz, wszystko mam w dupie. W pokoju jest ciemno, duszno, wszystko śmierdzi papierosowym dymem i alkoholem. Rozsunąłbym zasłony i otworzył okno, ale nie chce mi się wstawać. Kac-katharsis. Czuję się kompletnie wyprany, jestem monumentem obojętności. Spodnie leżą na biurku, kurtka leży na podłodze, jeden but stoi na półce z książkami, drugiego z łóżka nie widać. Taki moment, że wszystko mnie serdecznie pierdoli. Wiem, że za parę godzin mi przejdzie, więc cieszę się chwilą. Bitches Brew. Sufit jest beznadziejny. Płaski, biały i jakiś taki, kurwa, nijaki. Utożsamiam się z nim. Myślę, że możemy się zaprzyjaźnić. Sufit egzystuje w jednym czy w dwóch wymiarach? Zastanwiam się jakby się czuł, gdybym to ja był nim, a on mną. Pewnie też by leżał ze słuchawkami na uszach. Wymyśliłem zgrabny epigramat: "Jak sufity chłoną jazz? Wcierają sobie."
Zjebany, co?
Zresztą, to chyba nie jest epigramat, ale nieważne.

środa, 9 maja 2007

And I never worry - now, that is a lie

Kurtka z postawionym kołnierzem, co - jak lubię myśleć - mnie w pewien sposób definiuje, chodnik pod podeszwami zdartych białych sników. Lubię ten klimat, takie połączenie samotności, refleksji, smutku i szczęścia. Idę powoli bulwarem ze słuchawkami na uszach, niebo ma tę samą barwę co morze, utrafiłem idealnie. Nie słyszę ludzi, odcinam się od świata, Red Hoci, Sage Francis i Massive Attack pozwalają mi oczyścić umysł, skupić się na sobie. Zaciągam się papierosem, dym lekko gryzie podrażnione gardło, spluwam przez murek na obrośnięte mchem kamienie, rytmicznie omywane przez morskie fale. Telefon zostawiłem w domu, po raz pierwszy od lat. Dystansuję się. Przełączam na Dusty Springfield, lekko się uśmiecham, bo Sage mnie trochę zamulił. Nie chcę myśleć, analizować i się zastanawiać. Chcę się wyłączyć, odprężyć, taki swoisty un-plug. Co ma być to będzie, tak do tego podchodzę - przynajmniej w tym momencie. Zaczyna się Illmatic, ale kręcę głową, wyrzucam niedopałek do śmietnika, przysiadam na murku i przełączam. Nie tu i nie teraz, zmieniam klimat. Szybka adaptacja do Pete Rocka i CLa, roztapiam się w dźwięku. Opieram się łokciami o murek, patrząc na morze. To moja ulubiona pozycja, zawsze tak palę na imprezach. Wyciągam z kieszeni papierosa, odpalam, wypuszczam nosem kłąb sinawego dymu. CL mówi "deep down you know I'm really just one woman man". Pewnie tak. Zrywa się wiatr, zapinam kurtkę i idę z powrotem. Doo Rags nie skipuję, kupuję browara, bębnię cicho palcami o blat stołu i kontempluję morze. Przez moment myślę, że jestem Hemingwayem, ale wrażenie znika niemal od razu. Kretyni wydzierają się pijąc piwo na plaży, zwiększam woljum. Szorty, takie same bluzy, czapki z daszkiem, ale nie chce mi się z nich śmiać. Znów robię głośniej, odnajduję się w Under The Bridge. Raz, drugi, trzeci, czwarty. Niebo zaczyna nabierać zróżnicowanych barw, dopijam resztę piwa i gaszę papierosa. Zbliża się wieczór, robi się chłodno. Wkładam ręce do kieszeni i wracam do domu. Black Thought szaleje na majku, uwielbiam gościa.
Zimno, wieje, robi się ponuro. Wyrzucam niedopałek i gaszę go pod butem. Wskazówki na tarczy wskazują dziewiątą pi-em.

wtorek, 8 maja 2007

Sky's the limit so you know I'm gonna rise and shine

I gotta do my thing, I'm kinda getting a little tired of all that's hidden
That's the reason I'm a speak my mind, keep from going insane
Why, why, why, why, why, why?
Leci właśnie na repeacie. Zakochałem się w tym numerze, chociaż wcześniej nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Rootsi miażdżą, aż się nie mogę doczekać Open'era.
Wszystko mi przeszło, czuję się naprawdę nieźle. Stałem z papierosem na balkonie, słuchałem "Why", krople cicho bębniły uderzając w dach. Lubię deszcz. Jest nostalgiczny i melancholijny, a jednak zawsze potem wychodzi słońce. Drugi utwór, który ostatnio strasznie katuję, to "Teardrop". Po latach znów mnie zauroczył, jak ja pierdolę.
W sumie przez ten deszcze przypomniało mi się Taize, nie wiem czemu. Przecież to było tak dawno temu.
Coś tam w sumie piszę jako tako. Nie jestem zadowolony, ale nigdy do końca nie jestem. Za dużo książek w życiu przeczytałem, żeby być dumnym z tego, co piszę. Kwestia, kurwa, pokory.

"Before the dark times, before the Empire..." :D

niedziela, 6 maja 2007

I can feel the city breathing

Situation gets clear.
I can't help it. Or won't - but in the end does it make any difference?
Cytaty są zajebiste - niezobowiązujące i tak naprawdę nic nie znaczą. Chyba.
Jutro znów na uczelnię, ja jebię.
Life used to be a lot of easier, y'know? Simple, lemme tell you that.
Hey, you know, everybody's been talking about the good old days, right? Everybody "the good old days"...
K.U.R.W.A.

you - the love my life.

Till my veins go cold.
Chce mi się śmiać. Tak bardzo, że nie wiem co zrobić. Niesamowite.
Pete z CLem zajebiście dają radę na żywo, szczególnie w T.R.O.Y. Sampel z Jefferson Airplane za każdym razem mnie rozwala. Tego, bracie, nie przebijesz, jak powiedział Lemuel do Pata.
So oh so funny.
Jutro sobie obejrzę jak Newman jeździł na rowerze, a potem nie wiem co. Teraz papieros, prysznic i kimono.
Było śmiesznie. Dzień jak co dzień, w sumie.

No longer a grown-ass kid. No longer.
(Pepper Longer?)

wtorek, 1 maja 2007

The rejected stone is now the cornerstone.

Co za stek bzdur... I ja to wszystko napisałem? Głupota rodzi się w przysadce mózgowej czy w jelitach? Ciekawe zagadnienie, jak by nie było.
Nowadays sounds silly as hell.
Wczorajszy flashback przebił wszystkie inne. Stojąc na balkonie czułem zew chodnika te dziesięć czy więcej metrów niżej. W sumie chuj wie, ile to jest, bo nigdy nie miałem miary w oku. Odpędziłem od siebie ponure myśli, wyrzuciłem niedopałek i wróciłem do domu. Pisałem jakieś bzdury, jak położyłem się spać powoli świtało.
Wódka z grejfrutem to kiepski substytut szczęścia. Moje szczęście jest gdzieś daleko stąd, sam dobrze nie wiem gdzie. A może to zwykła mrzonka? Pewnie znów coś mi się wydaje, jak wiele razy do tej pory.
Znów miałem wykręcony sen, w mniej więcej tej samej obsadzie. Teraz nie byłem Jedi w Dolinie Królów, nie chodziłem po jerozolimskich knajpach, za to walczyłem za króla, a raczej królową, Szkocji. Konkret. Kradłem Anglikom tarany, a królowa mieszkała w bloku. Sci-fi.
"No regrets" to najdurniejszy tekst ze wszystkich.
Regrets, regrets, regrets.
Czas wyjść z impasu.

niedziela, 29 kwietnia 2007

All I want to do is sit here on my balcony...

Nudzę się. Nudzę się tak strasznie, że aż mnie zęby bolą. Przejebany feeling, bo wiem co oznacza. Nie miałem tego już od bardzo, bardzo dawna. Słucham zamulastej muzyki, Flunk, DeGraw, etc. Co gorsza wiem, że czegokolwiek nie będę robił, gdziekolwiek nie pójdę, będę tylko zabijał czas.
I sam nie wiem, co się dzieje. Czy tak zawsze było czy to tylko alkohol. A może naprawdę coś się dzieje? Nie wiem i wkurwia mnie to, i rozstraja. Zawsze ten sam dylemat, tyle że zawsze w nieco innym wydaniu. Szczególnie w tej sytuacji.
Na balkonie, kawa Davidoff i papieros Davidoff. Wszyscy wyjechali, w domu pusto. W moim pokoju zalega sterta ubrań, przesiąkniętych papierosowym dymem. Nic mi się nie chce. Dziś nie piję - przynajmniej tak sobie założyłem. Wczoraj się czułem jak gówno. I need a day-off. Od dwóch prawie tygodni piję codziennie. Dość destrukcyjnie to na mnie wpływa. A w sumie wystarczyłoby żebym dalej miał wszystkich w dupie i nie byłoby problemu. Chociaż, kto to, kurwa, wie.
Chyba czas zrobić krok naprzód. Lub raczej kilka kroków, w różnych sprawach. Keeping the motion, jak u Krusha. Bo póki co stoję w miejscu.
Krush. Crush. On. You.
Archiwum gg to zajebista sprawa. Moje gadki z Marcinem to materiał na książkę, chociaż w rozmowach z Ice'em leciały takie teksty, że się popłakałem ze śmiechu przy lekturze. Taki flashback, że ja pierdolę. Nie pamiętałem już tego wszystkiego. Nooekstra.
With the blue moon in your eyes.
I've got my reasons just to get by, what the fuck.

niedziela, 22 kwietnia 2007

Life goes on and on and on...

Czasem mam ochotę kogoś zabić. Brutalnie, krwawo wytłuc życie, tak żeby móc się sadystycznie wyżyć. A po chwili sobie myślę "Ee, napiłbym się piwa". I wszystko przechodzi.
Bo tak jest. Zycie zapierdala, nie zważając na nic. Nie żebym to jakoś szczególnie przeżywał, ale to trochę chujowe. Swiat na ciebie nie czeka - i na pewno nie skończy się kiedy umrzesz. Taki lajf. Hemingway potrafił zatrzymać czas. Na papierze zawsze łatwiej.
Teraz żałuję, że zawsze uciekałem z kadru, mówiąc że jestem niefotogeniczny. Oglądasz album i mało gdzie jestem. W sumie zawsze miałem wyjebane, ale trochę szkoda. Naprawdę mam mało takich pamiątek. Mam naprawdę zajebiste memory lane i często wysuwam szufladę w mózgu i wspominam, jak jakiś wiekowy dziadyga. Słuchawki na uszach, papieros, jakiś dobrze znany utwór, który sam wywołuje obrazy z pamięci, taki ekstrastymulant. Nic mnie wtedy nie obchodzi. Jakbym na nic nie czekał. Czasem też chciałbym mieć siedemdziesiąt lat, siedzieć na ganku i mieć wszystko gdzieś. Bo wszystko już usłyszałem, wszystko zobaczyłem, przeżyłem wszystko co można przeżyć. Ale szybko mi przechodzi.
Smutne jak dupa.
Pijackie wspomnienia, z kilkoma zaledwie zdjęciami i niemal żadnym filmem. Inna sprawa, że prawie na każdym zdjęciu wychodzę beznadziejnie, jak bym był pijany. W jakichś takich głupich momentach strzelają mi fotki. Ale potem patrzysz na zastygłe twarze i magię chwili zamkniętą w zdjęciu i myślisz "Taa, to było, kurwa, coś... Pamiętam jak...". Jak na reklamie MasterCard. Priceless.
Nie jestem zadowolony. Chyba w ogóle. Pewnie, kilka rzeczy wywołuje uśmiech zadowolenia na twarzy, ale reszta... Szkoda gadać.

sobota, 21 kwietnia 2007

If I could only turn back the clock to when God and her were born...

Mając dwadzieścia lat czuję się tak samo jak przedtem. Nie za dobrze w tej chwili. Przez ostatni tydzień miałem zajebisty humor, do wczoraj. W sumie nic się nie stało, ale jakoś dziwnie się czuję. Wstaję rano, zastanawiam się czy Lucas w końcu będzie z Peyton i nad innymi sprawami o znaczeniu żywotnym. Bardzo twórczo. Dzisiaj odpaliłem sobie kilka scen z Henryka V i Branagh to jednak mistrz. Najlepsza przemowa ze wszystkich dramatów i jeden z najlepszych monologów w dziejach kina. Chyba tylko Tony Montana miał lepszy, zataczajac się po pijaku i waląc prawdę prosto w oczy - tak jak ona się nie sprzedaje. No i Norton kończący brawurowy speech słynnym "fuck you too, Monty".
Znów sięgnąłem po Durrella. Najlepsza książka jaką czytałem, a trochę ich było. Kwartet nokautuje wszystko i wszystkich, nawet Diunę i Hemingwaya. Wiem już, kim była moja Melissa i Justyna, ale kim jest Clea? Mogę tylko marzyć żeby napisać coś choćby o dwie klasy niżej. Pomijając wszystko inne, Pursewarden to jedyny zdrowy psychicznie skurwiel ever, obok Yossariana. I koniec końców, Pursewarden umiał gasić wszystkich jednym celnym zdaniem. Niczyj bełkot nie był równie zrozumiały i równie błyskotliwy co jego. Chyba tylko Wilde miał więcej genialnych bon-motów.
Nie ma mistrza nad Dylana. Jeśli chcesz się upić na smutno, Dylan nie ma sobie równych. Stary, dobry Bob, majestic melancholy minstrel (triple M!). Hołduje zupełnie czemu innemu niż ogół - tak niewiele słów, a tak wiele znaczą. I wish I could so.
Współczuję i zazdroszczę Kastorowi. Szczęśliwie nieszczęśliwy skurwiel.

Lajn nad lajnami:
Albo puszczę jej swoje bity i ona powie, że są zajebiste. A ja myślę "No co ty dziwko, przecież są chujowe, nawet ich nie słuchasz".

piątek, 20 kwietnia 2007

You're such a beautiful freak...

2Mex daje radę. Gloria Was A KROQer jest cokolwiek śmieszne, ale fajnie się słucha. Dlatego such a Beautiful Freak. Aha.
Akuma i Factor wsamplowali AZ - fajnie, co? "Life's a bitch" i wszyscy wiedzą o co chodzi.
Wkurwiłem się, bo miałem taką ochotę pojechać nad jezioro, usiąść przy grillu i wódce, pograć w bilard, leniwie wyciągnąć się na pomoście z zimnym browarem, może połowić ryby. A tu chuj. Pierdolony czynnik ludzki.
Poza tym znów mam to dziwne, trochę głupie, uczucie.
No i przestaję pić. Przestałem mieć ochotę.

Nie lubię czekać na coś. Wolę nie czekać już na nic.

Powinienem coś napisać, ale nie mam ani chęci, ani sił.
Po chuju.

niedziela, 15 kwietnia 2007

It's been hell of a year

Nie cierpię pogrzebów, zresztą nikt ich nie lubi. Zawsze się wtedy zastanawiam, kto będzie niósł moją trumnę i tak dalej. Ciekawe czy będzie mi to robiło jakąś różnicę.
Staliśmy na cmentarzu, w ciemnych garniturach nagrzewających się od słońca, w takim nieświadomym pastiszu Ojca Chrzestnego, bo byliśmy Ewie to w jakiś sposób winni. Jesteśmy. Nie potrafię sobie radzić w takich sytuacjach, bo wiem, że słowa nic nie zmienią, toteż milczę i wychodzę na głąba.
Siedzieliśmy z Cardim w parku, na Korei, paliliśmy i dyskutowaliśmy. Liceum było jednak o niebo lepsze, bez porównania. W garniturach, pod krawatem, nie pasowaliśmy do okolicy, do ludzi i w ogóle do tego miasta, tak jak nie pasuję do żadnego z miast. Prawdopodobnie jak każdy z nas.
Może i Goethe rzeczywiście pisał na kacu, mi dość ciężko. Łeb mnie napierdala, nawet najlżejsze zmarszczenie brwi powoduje eksplozję. Ale spoko, przechodzi mi. Znów wróciłem do domu o piątej, choć planowaliśmy powrót o północy. Ale nie narzekam, śmiesznie było. Ostatnio rzadko kiedy jest śmiesznie, szczególnie na tej smutnej jak pizda uczelni.
Idę breakfast machniom, kawa, papieros i albo któreś Star Wars, albo Henryk V.
No co poradzisz?
No nie poradzę.
No nie poradzisz.

niedziela, 1 kwietnia 2007

Walk around town like a hoodlum with a knife

W drodze powrotnej do domu podśpiewywałem sobie Sucker MC's. Jest nieźle.
W knajpie Mars gadał z jakimiś Kaszubami, a potem założył się o sto browarów, że wciągnie dwadzieścia ścieżek tabaki jedna za drugą. No i się porzygał.
Ale i tak wszyscy umrzemy, więc co to za jebana różnica?
Co dwadzieścia kresek to nie jedna, jak brzmi kaszubskie przysłowie.
Mimo wszystko wieczór na plus. Dzień w sumie też. Strejndż ło-orld.
Nic mi się nie chce pisać, więc idę spać.
Myślę, że sobie jeszcze Lefonka posłucham or what.

"spread love 'cause it's the Brooklyn way..."

A Liroy z nimi nagrał track... Strejndż ło-orld beskidó.

Ice ma last.fm, aha aha.
No nic.
Idę w kimę.
Co za chujowe rzeczy napisałem. Za stary się na to wszystko robię.

May the Force be with you.

wtorek, 27 marca 2007

I don't know.

Diamondy są wieczne, beskidó.

Rynda miał znowu przypał, taki przezajebisty. Nie wiem jak on to robi. Chyba je generuje albo co. Nie wiem.
"I się wkurwiłem, bo sobie kupiłem taką wielką kiełbasę..." :D

A tak poza tym to nic mi się nie chce tu pisać i w ogóle. "W ogóle" to dobry zwrot. Muszę zacząć go używać, żeby podkreślić wagę wypowiadanych słów, np: "pierdolę tę uczelnię i w ogóle".
Konkret, co?

Idę spać.
See-you-nara.

środa, 14 marca 2007

Don't think twice, it's all right

we never did too much talking anyway
so don't think twice, it's all right...


and I said - what about "Breakfast at Tiffany's"?


but I know you just don't care. I know you don't, motherfuckers.


PS: Przestałem śpiewać Light My Fire.

Dzień really taki-se.

scenka rodzajowa
aula wypełniona ludźmi, przedwcześnie posiwiały profesor stuka długopisem w rzutnik i mówi nie wiadomo o czym
w drugiej ławce siedzi dwóch gości

- Ty, wpisujemy się na tę listę?
- No kurwa... Nie po to szedłem taki kawał, żeby nie mieć obecności.
bierze listę, pisze liczbę 65, stawia kropkę i pisze "Prosiaczek"; obok, w kolumnie z podpisami, rysuje świnię w t-shircie
podaje listę i długopis sąsiadowi z lewej, ten dopisuje kolejny numer i pisze "Kubuś Puchatek", ostro, zamaszyście, obok baryłka miodu z napisem "HUNNY"
rozglądają się po sali pełnej nieznajomych twarzy
- Co to za przedmiot jest?
- Chuj wie.
- A co za wydział?
- No Oli i Agi.
- Zarzadzanie?
- Coś w ten deseń.
- Aha. Co za dziwni ludzie.
ten z lewej zagina kartkę i robi z niej samolot; wykładowca urywa w pół słowa i patrzy na demiurga
- Mogę w czymś pomóc?
(nie przerywając składania samolotu) - Dziękuję, poradzę sobie.

minutę później

- Stary, idziemy stąd. Minęło już dziesięć minut. To był głupi pomysł, żeby iść z nimi na ten wykład.
- Racja.
wstają, zakładają kurtki; profesor znów przerywa
- Rezygnujemy?
- Ano tak. Kiepska atmosfera.
- Cieszę się.
- Nie tak jak ja.
wychodzą

dwie minuty później, na papierosie przed budynkiem
- Nawet nie usłyszałem, że dostałem esemesa.
wyciąga telefon
siostra: "co robisz na naszej uczelni?!"
- Moja siostra tam była? Kurwa, wracam się z nią przywitać.
- Chodź, idziemy. Przyjdziemy za tydzień.
- Dobra. Kubuś i Prosiaczek muszą mieć obecności na wykładach.

poniedziałek, 12 marca 2007

Trzy Picassy przed śniadaniem

Nie wiedzieć czemu wahałem się dość długo, zanim znów sięgnąłem po Steina. Ręka zamarła w połowie drogi do półki, myśl "może coś innego?" Nie chciało mi się czytać, uporządkowany ciąg liter kojarzy mi się z Markiem, Doliwą i całą resztą pedałów ze środowiska prawniczego. Zresztą czwarta na zegarze to nienajlepsza pora na szukanie książki do czytania.
Jednak strzał w dziesiątkę. Albo i nie, bo już wiem, że nie chcę być prawnikiem, nie w tym życiu. Wystarczy mi Montmartre. Nie lubię francuskiego, nie lubię Francuzów, ale lubię Paryż. Znów z sykiem otworzyć piwo, pociągnąć łyk, otrzeć kropelki potu z czoła, pod Łukiem Triumfalnym.
Ale książka dokonała cudu. Absolutnie nieprzyswajalna dla konsumpcyjnego chlewu, zaczytanego w bestsellerach wykreowanych przez media. Montparnasse wycieka z papieru, czuć woń akwareli, skwar na marsylskim tarasie podczas codziennego aperitifu. Bo każdy jest trochę marszandem, i filistrem, i artystycznym abnegatem.
Znowu olałem zajęcia, jutro zaliczam angielski. Ponoć. Jutro też spotykam się z Olą, również ponoć. Zrobiłem sobie minimalistyczną jajecznicę, bo nie chciało mi się schodzić do sklepu i wyszedłem na balkon zapalić. Z odbicia w szybie spoglądał na mnie smętny, nieuczesany i nie ogolony gość, z papierosem w kąciku ust. Ja.
Pogoda bajkowa. "T.R.O.Y." w słuchawkach, słońce grzejące w twarz, prawie-lato. Powinienem kopnąć się na dół, do centrum, przejść się bulwarem, położyć się na plaży, ale nie chce mi się. Nie samemu. Plus jest taki, że coś się krystalizuje w mojej głowie, jakaś mgławica wzruszeń o nieuchwytnej jeszcze formie. Jak zwykle mam problem z osadzeniem tego w jakichś realiach, bo a nuż wykorzystam to źle? I później uświadomię sobie, że pasowałoby to jak ulał do czegoś innego, jak ostatni element układanki, dopełniając całości obrazu. Albo to zwykły bullshit, którym próbuję usprawiedliwić swój marazm.
Wciąż myślę o wydawnictwie, ale chyba bardziej jako o kuszącej wizji, niż planu możliwego do zrealizowania. Marcin pewnie założy wytwórnię, prędzej czy później mu się uda, a ja będę mówił, że i tak by się nie udało.
Rickiem Blaine'em już nie będę, ani Durrellem, ani Holliday'em.
Ale mogę się napić. Niech Cardi zrobi tę imprezę, żebym mógł poszydzić z ludzi i poczuć się jak w liceum. To ostatnio jedna z moich największych pasji, flashback. Rozpaczliwe chwytanie doznań, niemal nieuchwytnych, odświeżających wspomnienia. na bardzo krótką chwilę umożliwiających podróż w czasie. Smak papierosa, zapach kawy, sos pomidorowy jak w Gdyniance, promyk słońca drażniący zmrużone oczy.

Ostatnio chce mi się pić, ale nie chce mi się rozmawiać z ludźmi. Idąc gdziekolwiek jestem wystawiony na bombardowanie tym gównem, które wypływa z ich ust. Mdłe to i nijakie. "Słowa, słowa, słowa."

Chciałbym móc utopić cały świat w szklance burbona, przy Waitsie.

Acknowledgement - Resolution - Pursuance - Psalm

Monday finds you like a bomb, it's been left ticking there too long

Yesterday's New Quintet na odsłuchu i zastanawiam się, gdzie się podziały tamte prywatki. Dziś dowiedziałem się skąd wracali Litwini, tak po wajdelocku. Locku. Locke był chujem, bo wymyślił te bzdurne teorie, których musiałem się nauczyć na egzamin u dziekana. I tak się nie nauczyłem, a kurwa zdałem. Ile może zdziałać jedna wizyta w klubie golfowym?
Ujebałem egzamin z cywilnego i spaliłem fajka w minutę. Taki wkurwiony byłem. Do końca mi nie przeszło, bywa. Czemu picie tłumi uczucia, a nie pozwala zapomnieć?
Nienawidzę poniedziałków, całym moim czarnym, bolącym od alkoholu i nikotyny sercem. Poniedziałek wyznacza wirtualny początek nowego cyklu, dowodzącego cykliczności i powtarzalności wszystkiego w naturze. Tydzień przetykany kilkoma piwami i wizytami na uczelni, tydzień nudny jak flaki z olejem. Wypełniony "cześć-co-ciebie-słychać" i "jak-tam-weekend", z milczącym "spierdalaj-gamoniu" z mojej strony. Kiwam głową, zaciągam się papierosem, czując znajome ssanie w żołądku, jakie wywołuje papieros na pusty żołądek, chwilę po wyrwaniu ze snu. Muszę się ostrzyc bo wyglądam jak Jamiroquai or sth. Po tygodniu przychodzi weekend, nieuchronnie związany z alkoholem, bo jakże inaczej. Upić się a napić dla smaku - jeden chuj. Bo to nie jest picie, to picie boskie. Niedziela w nocy zawsze ma smutcholijny posmak, ten wieczorny papieros przy dźwiękach wyrwanych kleszczami z ciała zmalterotowanego artysty i wrzuconych na nośnik.
I tak to się kręci. W przyrodzie nic nie ginie, oprócz piwa na domówkach, forsy i papierosów.
Zapał twórczy ginie, wiem to. Codziennie przymierzam się do napisania dalszego ciągu, poskładania tego wszystkiego do kupy, ale nie sposób tego ogarnąć. Biedny skurwiel Kastor wiedzie żałosną półegzystencję na papierze, porozdzierany na dziesiątki zeszytów i notesów, czekając aż ktoś go zlepi w jedną całość, jak Fisza.
Tak to się kręci, jak rollercoaster z filmów trzeciej kategorii.
Papieros.

wtorek, 6 marca 2007

I look back into the past, and think of way back then...

Friends all tried to warn me, but I held my head up high
all the time they warned me, but I only passed them by
they all tried to tell me, but I guess I didn't care
I turned my back and left them standing there

All the burning bridges that have fallen after me
all the lonely feelings and the burning memories
everyone I left behind each time I closed the door
burning bridges lost forevermore...

Joey tried to help me find a job a while ago
when I finally got it I didn't want to go
the party Mary gave for me, when I just walked away
now there's nothing left for me to say

All the burning bridges that have fallen after me
...

Years have passed and I keep thinking what a fool I've been
I look back into the past and think of way back then
I know that I lost everything I thought I that could win
I guess I should have listened to my friends

All the burning bridges that have fallen after me
...

To wszystko nie tak miało być. Zupełnie nie tak. Nigdy nie myślałem, że tak to się wszystko ułoży. Ze każdy pójdzie w swoją stronę i wszystko się pierdolnie. Siedząc z Olą i Ice'em na nabrzeżu, pierwszego dnia wakacji, kiedy cudem udało nam się wyłgać od mandatu, nie myślałem, że tak się to potoczy. Bo skąd miałem wiedzieć? Wydawało mi się, że ludzie, na których mogłem liczyć wtedy, zawsze będą blisko, że nie urwie się kontakt.
"We know from the start that things fall apart, intentions shatter" jak u Rootsów i Eryki. Powinno być jeszcze "she like 'that shit don't matter'", but no. Nie w moim życiu, jak mi się wydaje.
Niby się widzimy, idziemy na piwo, umawiamy się, gadamy, ale widać że każdy spierdala we własną stronę. Nie z Cardim i z Ice'em, bo akurat z nimi łączy mnie mnóstwo rzeczy, za dużo żeby to się po prostu urwało. Pewnie kiedyś się na siebie wkurwimy, kupimy pistolety i wystrzelamy na głównej ulicy pięknego miasta Rumi, ale nie ma raczej możliwości, żeby po prostu urwał się kontakt. Ale tak samo myślałem o Oli i Izie. Szczególnie o Oli, bo relacje z Izą zawsze były specyficzne. Gdyby dwa lata temu ktoś mi powiedział jak to wszystko się ułoży, parsknąłbym śmiechem. Kto by pomyślał, że z Izą nie umówię się przez cały rok? Owszem, czasem gdzieś na siebie wpadaliśmy, ale naprawdę bardzo rzadko. Poza tym, kuurwa... Okazjonalnie to ja spotykam ludzi, których nie lubię.
Olę spotykam częściej, dużo częściej. Ale od dawna nie miałem okazji spotkać się tylko z nią, pójść na piwo, powłóczyć się, pogadać o wszystkim i niczym. Jest to tym dziwniejsze, że Ola się nie zmieniła. Przynajmniej nie tak bardzo, żeby można to było zauważyć przy piciu piwa i kręceniu beki. Or did she?
W każdym razie od 2004 wydarzyło się tyle rzeczy, że jest to niemal nie do uwierzenia. Kto by pomyślał? W każdym razie na pewno nie ja. Co tylko dowodzi tym bardziej, że w gruncie rzeczy jestem głupi.
Nie wiem o co chodzi w tym bełkocie powyżej i po jaki chuj to w ogóle czytałem. Mniejsza z tym.
Słucham sobie Sinatry, czuję się koszmarnie, jutro mam ponoć zaliczać jakiś pierwszy semestr z angielskiego (jakiego angielskiego? mieliśmy taki przedmiot?), wkurwia mnie uczelnia, więc biorę racksack, kanapki, termos i spierdalam do Nepalu.
It's up to you, New York, New York... Neeew Yoooorkkkk...
Ale tylko New York. Nepal już nie, Nepal już nie.

PS:
Muszę na dniach dorwać jakiś film Peckinpaha, albo Sergio Leone, bo jebnę. Pat Garrett & Billy The Kid sounds ok. Z moich obliczeń wynika, że jakoś niedługo powinien znów lecieć w TV. Muszę oglądać ten film raz na dwa miesiące, bo inaczej wpadam w depresję. Po obejrzeniu też wpadam w depresję, ale kto w dzisiejszych czasach nie wpada?

PPS:
Stary Błękitnooki jakoś nie poprawia mi nastroju, więc pewnie zaraz poleci Dylan. I chuj, zdołuję się do reszty.
Tym optymistycznym akcentem kończymy doniesienia z linii frontu.
Z Nepalu mówił Mariusz Max Kolonko.

Remember that?

poniedziałek, 5 marca 2007

F.H.H. (Fuck Hip-Hop)

Jakki miał rację. Pierdolić hip-hop. Subkultura pozerów, pseudo-gangsterów, prostaków, jebany kult ulicy. Bardziej świadoma część gloryfikuje prostotę, jako świadome wyrzeczenie się intelektualizmu, bunt przeciw przeintelektualizowaniu treści. A chuj. Dorabianie sobie teorii do własnych mankamentów. Nie ma jak tłumaczenie ograniczenia umysłowego wyższymi racjami.
Czasem aż się dziwię, że dalej słucham tej muzyki. Chyba nic mnie nie mierzi tak, jak bycie nazwanym hiphopowcem. Kurwa, wystarczy spojrzeć na mój last.fm. W pierwszej dziesiątce tylko Common i Pete Rock & CL Smooth. Ja pierdolę.
Słucham Dylana, bo się najebałem. I wszystkim, którym się Dylan nie podoba, chuj w oko. Albo w inne części ciała. Mniejsza z tym.
Na Heinekenie będą Rootsi, rajt? I shall proceeeeeeeeeed... O-ja-jebię... I Bloc Party! I Beastie, i Muse. Mogłem opuścić Franz Ferdinand i Manu Chao, ale, kurwa, nie opuszczę Black Thoughta z ?uestlove'em i resztą The Legendary Roots Crew. Ni chuuuja.

"You're in poor company..."
"But I'm alive."
"So am I..."

Nie, wcale nie konia z rzędem temu, kto zna ten cytat.
Chuj w przełyk tym, co nie wiedzą. Shame on you.

W sumie to żart, ale film znać trzeba. W końcu ten film wylansował jeden z najbardziej znanych utworów w dziejach.
Momma, take this badge off from me...

czwartek, 4 stycznia 2007

My poetry's deep, I never fell...

Nas is like... Half-man, half-amazing...
For real yo.
Sprawdziłem nowego Nasa i jest średniawy. Mocno. Chyba nawet gorszy od Street's Disciple, a to obok żenującego Nastradamusa najgorszy LP tego pana. Nie ma już tego "whoa", jest bez pierdolnięcia. Jakieś takie nijakie to.
Dlatego odpaliłem sobie Nas Is Like. "I'm like all the races combines in one man, like the '99 summer jam", wiadomo o co chodzi. Nieśmiertelny przejebany kozak.
Teraz leci remiks The World Is Yours, kawałek którym podnosiłem się na duchu w okresie maturalnym. Mistrz.
Dlatego lubię Nasa. Mam do tego skurwiela olbrzymi sentyment, choć od Lost Tapes perełki, które nagrał mógłbym policzyć na palcach obu rąk i wszystkich bym chyba nie zużył. Illmatic i chuj.
Ale dzisiejszy dzień i tak upłynął pod znakiem Pete Rocka. Absolutny mistrz. Wystarczy żebym odpalił T.R.O.Y. i wsiąkam w ten bujający wajb. Back On The Block, One In A Million, Carmel City, Take You There i mnie nie ma.
Czółko, jadę po ziółko.

środa, 3 stycznia 2007

You know, bullshit goes like this...

Yes, yes, fed up once again. "It's me, Jeru the Damaja..."
Chuj w twarz, kurwa. Wam. Jesteście bandą pierdolonych, obłudnych pojebów. No.
Rzygać mi się chce jak na niektórych z was patrzę.
A z tych amerykanizmów chce mi się śmiać. Bo, kurwa, śmieszni jesteście ponad wszelką miarę. "Luv" zamiast "love", "wit" zamiast "with", "bro" zamiast "brother", "doin'" zamiast "doing" i to wszechobecne "da". In da kurwa coś tam. Szkoda tylko, bando niedouczonych jaskiniowców, że, kurwa, po pierwsze: "in da Sopot"? Słyszał ktoś z was o nazwach własnych? I o tym że, kurwa, przed nazwami miast nie ma "the"? I po drugie wreszcie "in the house" to wcale nie znaczy, że ktoś jest w, kurwa, domu. Imbecyle.
Zakładacie czapki, wielkie koszulki Phata, polskie sneaki, szerokie spodnie, bluzy z kapturami, gibacie się do chujowych bitów, wielcy biali Murzyni. A jak komuś z was się powie, że James Brown nie żyje, to nie wiecie o co chodzi. Troglodyci, kurwa mać.
Uwielbiam takich jołjołów jak wy. Robiących crip-walk, onanizujących się przy powiewie amerykańskiego powietrza, przejmujących kretyńskie, wylansowane przez media manieryzmy, jarający się gównem gówien. Ja pierdolę. I tak się podniecacie tym całym śmiesznym hiphopem.
Wiecie do kogo mówię. You know who you are.
I dlatego przekaz będzie hamerykański, z posmakiem lansu, taki jaki lubicie.
Eat a dick up yo.
Tylko nie zostaw szminki.

PS: I co wy, kurwa, wiecie o Boogie Down. Albo Bedstuy.
PPS: Now a queen's a queen and... "Koniec trochę niesmaczny", jak powiedział Hamlet. Znasz Jeru, to wiesz o co chodzi.
PPPS: 99.9%. I nie tylko MC's.

poniedziałek, 1 stycznia 2007

It's the reason me, myself & I hate me.

Nie, nie mam refleksyjnego nastroju. Po prostu czuję się chujowo. Czuję się absolutnie gównianie, żenująco i jest mi wstyd. I biję się w pierś. Mea kurwa culpa.
Bezapelacyjnie był to najgorszy Sylwester w moim życiu. Zakurwiłem się jak pies, nie wiem nawet dobrze czemu, czym, kiedy i jak. I kurwa dlaczego.
Nic nie pamiętam.
Zero.
Chyba przestaję pić. Najwidoczniej zapomniałem jak to się robi.
Katuję w kółko Commona i wszystko mnie pierdoli.
2007 ssie - po same kule. To będzie chujowy rok, coś czuję.
Siedem chudych lat chyba jeszcze nie minęło.
Shit never stops. Nothing changes on the New Year's Day.
Over and kurwa out.

niedziela, 17 grudnia 2006

Only a fool in here would think he's got anything to prove.

Peckinpah to mistrz. Beskidó. Przed chwilą znów leciał Pat Garrett i Billy Kid. I znów się zastanawiałem co sprawia że ten film jest tak genialny. Na pewno rozpierdalająca muzyka Dylana, duet Kristofferson i Coburn, ale przede wszystkim atmosfera jaką kreuje Peckinpah. Wszyscy wszystkich znają, wspominają stare czasy, stare skoki - i ta świadomość krańcowości, upadku. Zagłady. Każdy wie, co się stanie. Najlepsi przyjaciele najgorszymi wrogami. I bez tego taniego, kiczowatego patosu, jakim obecnie epatuje kino. Mistrz.

suddenly I turned around and she was standing there
with silver bracelets on her wrists and flowers in her hair
she walked up to me so gracefully and she took my crown of thorns
"come in," she said, "I'll give you shelter from the storm..."

Shelter From The Storm rocks. Dobrze się też kończy: "well, I'm living in a foreign country but I'm bound to cross the line, beauty walks on a razor's edge, someday I'll make it mine, if I could only turn back the clock to when God and her were born,"come in," she said, "I'll give you shelter from the storm".
Beauty walks on a razor's edge - truth and the beauty are in the eye of the beholder, tak jak kończyli się Jeźdźcy Apokalipsy. I stopped trying to figure everything out a long time ago - czy aby na pewno?
Wkręciło mi się Shelter From The Storm. Co zresztą widać na moim last.fm. Ale The Times They Are A-Changin' nie przebije. Well...
Tak jeszcze na koniec: "all the truth in the world adds up to one big lie".
Jak zwykle Dylan i jak zwykle nie rozumiem o co chodzi. Ale cytat dobry.

What would Kastor do?
Get drunk.

sobota, 16 grudnia 2006

Fed up with the bullshit

Jak Big L, c'nie? On też był fed up with the bullshit. I Jeru. I Mos Def. W sumie, kurwa, wszyscy byli fed up.
Bullshit to wszystko. Uczelnia, nałogi, trawa to bullshit, "tak, wyskoczymy gdzieś w przyszłym tygodniu" to bullshit, "zrobię to na jutro" to bullshit, "fo' sheezy" to też bullshit - wszystko jest, kurwa, bullshit. Albo "nagraj mi, nie wiem, Diddy'ego, Ying Yang Twins" od kogoś, kogo naprawdę cenię.
Czuję się jak gówno. Dosłownie. Walnąłem trzy browary, a czuję się przekoszmarnie. Niewiadomo czemu. Przez sześć dni nie spaliłem ani jednego fajka i nie wypiłem nawet małego bronka. Pewnie o to chodzi. Brak paliwa.
Dzisiaj o 9 rano wszedłem do McDonalda w Rumi i co leciało w radiu? Breakfast At Tiffany's. Wspomnienia, aj. Tak sobie myślę, że pomimo tego że gotuję i nieźle znam się na jedzeniu, i próbowałem kuchni niemal całej Europy, to jednak jestem dzieckiem hamburgerów. Co innego można jeść w nocy po chlaniu? Nie zawsze da się przecież iść o 6 rano na carbonarę.
Dzisiaj wywoziłem resztę rzeczy ze starego domu. Pusto, głucho i smutno.
Na moich oczach magia powoli wyparowuje z tych wszystkich miejsc. Zabudowują, burzą, stawiają płoty, odremontowują, chujują. Niby wszystko się zmienia, ale jednak szkoda. Jedno jedyne miejsce, które mógłbym nazwać swoim domem.
Zastanawiam się czy gdzieś wychodzić. Nie chce mi się. Rzucam palenie i rzucam picie. Znowu miałbym się spotkać z ludźmi. Nie chce mi się tego wszystkiego słuchać. Wszystko ssie. Lordz Of Brooklyn ściąga mi się tak wolno, że zaraz jebnę.
Boli mnie głowa, muli mnie w żołądku, mam zaschnięte gardło i parę innych dolegliwości. Wyrobiłem sobie takie zajebane oczy. Cały czas są zmrużone. Z niewyspania, złego oświetlenia, alkoholu i trawy. Wciąż wyglądam na nietrzeźwego.
Breathe in, breathe out, respiration i Black Star keeps it burning.
I takie tam.
Zią.

poniedziałek, 27 listopada 2006

I feel alone out here on my own, I close my eyes and picture home...

W zasadzie powinienem iść w kimę, ale jakoś tak wyszło, że założyłem kurtkę, wyjąłem z lodówki browara, wziąłem paczkę fajek i wyszedłem na balkon. Ostatnio jak Rynda do mnie wpadł o 2 w nocy i bakaliśmy w samochodzie, stwierdziliśmy, że to jest pojebane. Normalni ludzi o 12-1 śpią, a my dopiero wtedy odżywamy. Nie jestem w stanie się przestawić na dzienny tryb życia - fuck it.
Zaryzykowałem i wrzuciłem do discmana składankę 2Pac'a. Mimo wszystko dalej mam olbrzymi sentyment do niego, a szczególnie do tych kilkunastu utworów. Myślę, że gdybym miał strzelić sobie w głowę, to przy którymś z nich. "Life Goes On", "My Block", "Letter 2 My Unborn", "Unconditional Love", "Thugz Mansion", nawet "Runnin'", choć wyprodukował to Eminem. Na imprezie u Agi, jak już szliśmy spać, ktoś puścił "Thugz Mansion" i poczułem się chujowo. Chciałem zamknąć oczy i mieć nadzieję, że jak je otworzę będę siedział koło Izy, którą zobaczy za parę dni w szkole, że po tej imprezie wrócę z Ice'em eRką do domu i że znów spotkamy się rano w autobusie jadąc do VI LO. Nic z tego - tamte czasy nie wrócą, you fool.
Zaciągałem się papierosem i chciałem, żeby znów tak było, że jak zrobię te parę kroków, znajdę się na trawie, w ogrodzie domu na Lotnisku. Ze będę mógł przeskoczyć przez płot - czy nawet nadłożyć drogi i pójść przez furtkę - przejść tę ulicę, na której znałem każdy centymetr brukowanej kostki, zapukać do drzwi Kato i pójść na boisko, usiąść na stole do ping-ponga, zapalić i patrząc na gwiazdy zastanawiać się jak to będzie na studiach. Stoję jednak na balkonie, przed sobą mam zasrany las i już nie jest so ghetto, so hood. Po prostu.
Pamiętam jak przed każdą imprezą piliśmy u Ice'a browary i słuchaliśmy "Letter 2 My Unborn", myśląc o tak odległej, jak nam się wtedy wydawało, przyszłości. Albo jak wróciliśmy po koszmarnej nocy u Mazana - choć teraz i to wydaje mi się piękne - i jak non-stop wałkowaliśmy "check this out, Beavis". To było coś. "Unconditional Love", przy którym pisałem wiersz Izie - do tej pory jak to słyszę, a nie słucham zbyt często - widzę widok na Lotnisko z mojego balkonu. Jak siadałem z browarem i fajką i słuchałem "Life Goes On", myśląc, że jeszcze jeden joint, jeszcze jedno piwo i mogę umrzeć. "Thugz Mansion", przy którym za każdym razem wpadam w doła, chyba że słyszę to na imprezie i widzę śmiejącą się Izę - a takich sytuacji już nie ma. Móc znów wpaść do Hela po szkole z browarami i chlebem, usiąść na dachu, zapalić, i gadać o '93, '94, '95, kiedy rap był przesycony dźwiękami miasta.
We used to do them as adolescents, do you recall?
Ostatnio wpadli do mnie Dzyna i Kato z plejką, potem przyjechał Gidziel i lekko najebany Łycha i była beka - zawsze jest - ale to nie to samo. To nie jest picie u Dzyny w garażu, kiedy wysłaliśmy Jiggę po szampana, bo tak lało, że nikomu nie chciało się wychodzić, jak siedzieliśmy z browarami, słońce prażyło a z głośników sączył się "The Chronic", od początku do końca. Wtedy wiedziałem, że to jest mój dom, że będę wracać minutę, a najebany w trzy pizdy, niecałe pięć. Czasem wydaje mi się jakby to było tak dawno temu...
Kurwa no... Oddałbym wszystko, żeby znów tam mieszkać. Zeby po wyjściu z domu widzieć te same znajome mordy, chodzić na fajkę w te same miejsca, pić na boisku, siedzieć na rondzie w mgle i słuchać stukotu kół przejeżdżającego pociągu i żeby mieć na co dzień to gówno, które sprawiało, że to był mój dom. I te powroty z imprez, kiedy szedłem środkiem ulicy, bo byłem tak najebany albo zdołowany - teraz nie da rady, na Morskiej mnie ktoś pierdolnie, albo pały zwiną.
Albo, kurwa, skoczyć w drodze do domu na Koreę, z Ice'em. Zapalić, pośmiać się, wspomnieć psa na detoksie, mówić że jeszcze tyle czasu do matury. Albo stanąć z Cardim i Ice'em na transformersie, skręcić bekę ze wszystkiego, jak tylko w trójkę umiemy, i chwiejnym krokiem pójść do domu, prosto jak z chuja strzelił. Nie musieć telepać się na kolejkę o śmiesznej godzinie dwunastej, tak jak to kiedyś bywało. Kiedyś kolejką jeździłem tylko po imprezie, z Sopotu, z tą samą ekipą. Móc poczuć, że mogę się jeszcze bawić, bez bycia zasypywanym głupimi artykułami z kodeksów, bez zasranych kazusów, bez "o-kurwa-za-cztery-godziny-egzamin", bez tego całego shitu. Nie potrzebuję tego.
I - miss - the - fucking - better - days.
Za czasami, w których pisałem, w których coś tworzyłem. Kiedy wszyscy emocjonowali się opowiadaniem o Kastorze, bo znajdywali tam siebie i nasze życie. Wtedy to był mały piard o nas samych - o Ice'ie, który jeszcze wtedy nie był Ice'em, o Cardim, o Magdzie, o Pagerze, o Siwym, o Oli, o Dawidzie, o Helu... A teraz? Zrobiło się z tego ponad sto stron gówna o walce z przeznaczeniem i wolnej woli człowieka - a raczej nad-człowieka. O tym jak przegrywają niezwyciężeni i umierają nieśmiertelni i o tym, że jesteśmy marionetkami, że życie zapierdala nie zwracając na nas uwagi i o minionej młodości. Shit, man...
shooting that "that's that shit!"...
Brakuje mi tego wszystkiego. Kiedy śmigłowce nadlatywały w rytmie "Valkirii" Wagnera i kiedy na tablicy było napisane "Up yours baby!" i dżipy odjeżdżały w stronę zachodzącego słońca, kiedy Cagney krzyczał "I made it, Ma! Top of the world!", a Pacino klął Gaspara Gomeza i braci Diaz. Pewnie nawet nie wiecie o czym mówię, ale czy to robi jakąkolwiek różnicę?
Pewnie Jerz wie, i Marcin, i Ice.
so no-one told you life was gonna be this way...
your job's a joke, you're broke, your love life's D.O.A.
it's like you're always stuck in second gear
when it hasn't been your day, your week, your month, or even your year...
I wcale Ciebie dla mnie tam nie będzie - wcale, kurwa, nie.

you woke up this morning, got yourself a gun,
mama always said you'd be The Chosen One...

can it be that it was all so simple then?

don't you wish you didn't function,
wish you didn't think beyond the next paycheck and the next little drink
well you do so make up your mind to go on, 'cause
when you woke up this morning everything you had was gone...

Peace out.

wtorek, 21 listopada 2006

Now as I open up my story, put the blaze in your blunts

it's like '93, '94, about the year that Big and Mac dropped, and Illmatic rocked

and then the Fugees gon' break up, now every day I wake up somebody got something to say

aight, fuck that shit, word word
fuck that other shit, knamsayin?
we gon' do a little something like this, knamsayin?
keep it on and on, and on and, on and..
knamsayin? Big Nas, Grand Wizard, God what it is like?

Cóż za zajebista kompilacja cytatów, c'nie?
Boli mnie głowa, na dworze jest tak zimno że papieros przymarza do wargi, czuję się chujowo. Really. I tried to make it my way, I really did. Taki Buffalo Soldier ze mnie - tak trochę.
When you got nothing, you got nothing to lose, you're invisible now, you got no secrets to conceal...
How does it feel... How does it feel to be on your own,
with no direction home, like a complete unknown
like a rolling stone?
Nie wiecie? Mogę wam powiedzieć. Bardzo kiepsko.
Kiedyś myślałem, że nie mam nic do stracenia i with the right woman I come right to the top - there is no stopping me, czy jak to dokładnie szło. Nie pamiętam. Kiedyś znałem te filmy na pamięć. Veery saaad...

Przekaz ostatnich dni, a może i całego życia nawet jest krótki: słowa, słowa, słowa.
Boga ubezwłasnowolniono za niepoczytalność, y'know?

Dobranoc, mój książę, powiedział Yueh do Leto Atrydy i Horacy do Hamleta.

This can't be life.

poniedziałek, 20 listopada 2006

Looking at the crew, we thought we'd all live forever

:: Looking back, looking back, looking back ::

Padam ze zmęczenia, chronicznie się nie wysypiam, piję codziennie od poprzedniej środy, a mimo to nie idę spać. Wychodzę zapalić na balkon w skórzanej kurtce, Burnside'ach, w ręku Ballantines z wodą sodową, z braku Coli. Od kiedy chodzę w skórze? Kiedyś to były wytarte Massy, wyświechtana bluza i Wishoty, a teraz? Teraz jest Shadow, Murs czy Lyrics Born, a kiedyś wystarczał Wu-Tang i Rakim. Być może prezentuję postawę daj-spokój-to-gówno-w-końcu-leci-w-radiu, ale co ja na to poradzę? Jestem bombardowany tekstami w stylu "Podrzuć mi jakąś klasykę rapu, wiesz, 50 Centa czy coś...", więc jak może mnie chuj nie strzelać? Teraz leci "Fire" RJD2, besides. Konkretny jest ten wałek. Mistrz.
Siedzę ze szklanką i zastanawiam sie nad wczorajszą imprezą u Agi. Zajebiście było, for real. Jak za starych, dobrych czasów - wpadamy w trójkę już podchmieleni, zaraz za drzwiami obściskuję się z Izą, idę z Helem zabakać, gadam z Olą, z każdym, wszystkich znam. Brakowało mi czegoś takiego przez całe studia. Nie żebym jakoś szczególnie tych wszystkich ludzi lubił, ale kurwa... Nawet morda Pagera czy Kopki sprawiała mi satysfakcję. Taka mała namiastka przeszłości w teraźniejszości.
Chciałbym móc jak Common powiedzieć "I'm not looking back, or too far in front of me, the present is a gift, and I just wanna be", ale gówno prawda. Przyszłością się nie zajmuje, ale na okrągło rozpamiętuje to, co było.
Jak już wszyscy się zwinęli od Agi, poszliśmy z Ice'em na autobus i skoczyliśmy na bronka za budę, taką typową rumską, czaisz? Wypisz-wymaluj Wóz Drzymały. O dziwo obudziłem się bez kaca, co nie zdarzyło mi się od chyba dwóch lat. Amazing.
Jedynej osoby, której nie było u Agi, to Dawid. Poza tym byli wszyscy, których lubię i ci, których nie lubię. Był Siwy, Mysiak z Asią, Pager, Kopek, Kropa, Hasz, Wollie, Ewa, Iza, Saju, Mars z Madziorem, nawet Bartosewicz z Judytą. Znów sie poczułem jakbym miał te jebane siedemnaście lat i cały świat stał przede mną otworem. Wiem, że to głupie, ale tak wtedy myślałem. Byłem nietykalny i myślałem, że będę żyć wiecznie. Pomimo całej banalności tego stwierdzenia, to były moje najlepsze lata. Przez pół toku napisałem sto stron - przez następne dwa lata cztery strony. Kiedyś nie było możliwości żebym popełnił jakiś błąd językowy, nawet pijany - teraz mam problemy z formułowaniem myśli. Z angielskiego, czyli języka, który znam najlepiej, nie pamiętam już prawie gramatyki, wszystko mi się pierdoli. Wiem, że teraz CAE bym nie zdał, a nie miałbym z tym problemów w liceum. Miałem lepszą kondycję, psychiczną i fizyczną - i co najgorsze, wiem, że nie mogę już wypić tyle co kiedyś.
Nienawidzę jesieni i nienawidzę tych moich poimprezowych zjazdów nastroju. I mimo wszystko nienawidzę My Boo i Thugz Mansion na imprezach, bo mnie to po prostu rozpierdala. Jest to żałosne, ale fuck it. Lauryn Hill ma rację - "see, fantasy is what people want, but reality is what they need - and I'm just retiring from fantasy" - but I can't. I just fucking can't.
Są rzeczy - obrazy, wspomnienia - od których nigdy nie będę wolny. Jest tego cała lista, w gruncie rzeczy jest tego od zajebania. Są to po prostu rzeczy, których się nie zapomina. Tęsknię za czasami, kiedy wszystko było "na jutro" - teraz już wszystko zaczyna być "na wczoraj", a z czasem będzie coraz gorzej. Tęsknię za nimi tak, że chce mi się wyć. Za powrotem z Mechelinek, kiedy tak od nas waliło winem, że żul w autobusie się krzywił, za spaniem na przystanku w Chwaszczynie, osiemnastkami na Tarasach, Taize, Wilamowem, Gdynianką i powrotami ze szkoły, które stały się rytuałem, za psem na detoksie, za McDrive'em o 5 czy 6 nad ranem, za Beavisem i Buttheadem, za "Where Is My Mind?", za paleniem fajki za fajką przy wtórze "Letter 2 My Unborn" i za imprezami - nie, za Imprezami. "What we gonna do now, where we gonna go now?"
Tru, Lauryn, tru dat. I'm telling you.
Całe moje życie to jedno wielkie pasmo wspomnień, łańcuch z nieskończoną ilością ogniw. I mogę powiedzieć jedno - nikt nie potrafił się tak śmiać, jak my. Kurwa, nikt. So fucking sad. Mówcie co chcecie, ale Paradox i Rozi i powrót do domu o 13 z imprezy oddałbym za jedną pierdoloną imprezę u Cardiego, browarka z Ice'em na Kamiennej czy papierosa z Izą. Kiedyś więcej się piło, więcej się śmiało, więcej się mówiło, coś się działo.
Do dziś nie zapomnę jak na Lotnisku, na pierdolonym APT wychyleni z okna śpiewaliśmy na całe gardło "whisky, moja żono, tyś najlepszą z wszystkich dam", pijani w sztok. Czasem odnoszę wrażenie, że wszystko co robię jest tylko cieniem tego, co robiłem kiedyś. Wszystko zostało już dokonane i powiedziane. Mene, tekel, fares, kurwa mać.
Wieczny outsider, buntownik, smutny błazen i melancholijny kabotyn, artystyczny ćpun i Brooklyn Jew pozdrawia środkowym palcem hejterów i inną nierogaciznę i idzie spać. Jeszcze "Diuna" i Dżem albo LeFonque w słuchawkach i nara. I mnie tu nie będzie.
To Obi-wan you must listen, folks. Zwyczajowo propsy dla tych pięciu, sześciu osób, które wezmę ze sobą jak wyjebią mnie ze studiów i udam się do ciepłych krajów. One what? One love, one love.
Peace out.

poniedziałek, 18 września 2006

For the times they are a-changin'...

Dzisiaj, o dziwo, nie jestem pijany.
Chyba, że pijany nienawiścią do tego świata, będącego dokładnym zaprzeczeniem tego, w co wierzyłem, na czym się wychowałem. Fajnie byłoby znów być dzieckiem - nie przejmować się zwyżką cen ropy, inflacją, kopalniami w Sierra Leone, polityką, terroryzmem, sesją, przyszłą pracą i koniec końców tym, że sztuka, kurwa, umiera. Albo inaczej - mutuje, co jest jeszcze gorsze. W spauperyzowaną, plebejską, prostacką i wulgarną formę substancji wieńczącej proces trawienia rozmazanej na płótnie, w cały pierdolony pop-art, eklektyczną quasi-sztukę dla artystycznych nuworyszy. Dla ludzi, którzy uświadomili sobie nagle istnienie sztuki i zdali sobie sprawę jak bardzo trendy to jest. Ludzie są w stanie zrobić dla poklasku wszystko - począwszy od fellatio w telewizji po defekowanie w miejscu publicznym, na oczach ludzi, czego dowodem są wszystkie kretyńskie, popierdolone, programy w TV. Telewizja jest matką pop-artu, gwoździem do trumny sztuki. To jej zawdzięcza swe istnienie sztuka masowa, co jest swoistym oksymoronem. Sztuka nie jest dla mas - dla mas jest McDonald's i paczka Popularnych na drogę.
Choć nie przepadam za polskim rapem – mówiąc dość eufemistycznie, bo niemal go nie trawię – to Pezet w “Nie Jestem Dawno” powiedział coś, co daje do myślenia. „Znów sam chodziłem tu po parku, sam, parę browarków, spacer, walkman, bębny – daleko od pop-artu”. Od roku niemal nie słucham radia i nie oglądam programów muzycznych, bo nie mogę znieść tego zalewu tandety. Jedyny kanał jaki oglądałem to MTV Classic, którego już zresztą nie mam, więc zostało mi tylko TCM.
Podejrzewam, że ostatecznie to telewizja zabije sztukę. Heron był chyba jednak w błędzie - rewolucja będzie transmitowana w telewizji, żeby każdy szaraczek, każdy filister chrupiąc popcorn i siorbiąc Coca-Colę mógł ją sobie obejrzeć. Zakładając oczywiście, że rewolucja w ogóle, kurwa, będzie - co, patrząc na tę epokę marazmu, wydaje się mało prawdopodobne. Chociaż kto wie... Wszelkie zmiany inicjowali wielcy ludzie i wielkie wydarzenia - a i tak przy niesprzyjających okoliczności człowiek się kulił i wracał do mieszkania w bloku, do żony, dzieci, psa i pracy od 6 do 18, a opuszczeni rewolucjoniści szli na szafot, płonęli na stosie lub stawali przed plutonem egzekucyjnym. Plebs zawsze wraca do swoich zajęć - dlatego pozostaje plebsem. Bunt jest dla niego przygodą, chwilowym trendem. Od zarania dziejów rewolucje sprowadzały się do umiejętności podburzania tłumów. Ideologia łączy tylko przywódców - lud zawsze chciał chleba i igrzysk, dlatego też jedynym co dawały rewolucje, były zmiany w hierarchii. Zwycięzcy zastępowali przegranych - ich pieniądze, ich pozycje, majątki. Dlatego rewolty nic nie wnoszą - poza upuszczeniem krwi i zmianą na szczycie tabeli.
Być może kiedyś wkurwienie sięgnie zenitu, ludzie wezmą sztachety i pójdą rozjebać system - kurwa, nie czarujmy się. Globalna rewolucja to mit. Być może też rewolucja nie będzie pokazywana w telewizji - bo jej po prostu nie będzie. Czego jednak można się spodziewać w dobie manipulowania ludźmi przez media, mechanizacji społeczeństwa, zaniku indywidualnej ludzkiej tożsamości i powolnej agonii sztuki? Nie wierzysz - włącz telewizor, najlepiej jakąś Vivę, MTV czy inny 4Fun.
Nieważne czy jest to Lil' Jon krzyczący do mikrofonu "What?! Okay! Yeeah!!" - co niemal wyczerpuje jego zasób słownictwa - kolejna rockowa quasi-ballada o miłości oparta na syntetycznym dźwięku, czy też Kalwi i Remi tworzący coś, dzięki czemu muzyka klubowa zyskała przydomek wiejskiej - to wszystko elementy tych samych monstrualnych puzzli z gówna, jakimi jest sztuka dla mas. To już nie CL Smooth przy bujającym wajbie Pete Rocka wspominający zmarłego przyjaciela, Bob Dylan mówiący politykom, żeby nie blokowali przejścia i weszli posłuchać, co ma do powiedzenia, ani też ostatni krzyk wolności, jakim był "Gwieździsty Sztandar" w aranżacji Hendrixa na Woodstocku.
Wojna w Wietnamie była tragedią dla ludzi, ale błogosławieństwem dla muzyki. Chyba żadne wydarzenie ostatniego stulecia nie skłoniło artystów do takiego zrywu jak właśnie Wietnam. Oczywiście, była to epoka buntu, czas Dzieci Kwiatów, ale między innymi konflikt w Wietnamie podsycał te nastroje - wolnościowe, antywojenne, Miłość, Pokój i Muzyka i w ogóle.

Come gather around people, wherever you roam
And admit that the waters around you have grown
And accept it that soon you'll be drenched to the bone.
If your time to you is worth saving
Then you better start swimming, or you'll sink like a stone
For the times they are a-changing...

Come writers and critics, who prophesize with your pen
And keep your eyes wide, the chance won't come again
And don't speak too soon, for the wheel's still in spin
And there's no telling who, that it's naming
For the loser now, will be later to win
For the times they are a-changing...

Come senators, congressmen, please heed the call
Don't stand in the doorway, don't block up the hall
For he that gets hurt, will be he who has stalled
There's a battle outside, and it is raging
It'll soon shake your windows, and rattle your walls
For the times they are a-changing...

Come mothers and fathers, throughout the land
And don't criticize, what you can't understand
Your sons and your daughters, are beyond your command
Your old road is rapidly aging
Please get out of the new one, if you can't lend your hand
For the times they are a-changing...

The line it is drawn, the curse it is cast
The slow one now, will later be fast
As the present now, will later be past
The order is rapidly fading
And the first one now, will later be last
For the times they are a-changing...

Ten utwór kojarzy mi się z taką sceną - olbrzymi namiot gdzieś na terenie zniszczonym przez ogólnoświatową wojnę (to chyba przez Jeźdźców Apokalipsy), wypełniony ludźmi, poranionymi, przestraszonymi, nie mającymi dachu nad głową, słowem - ludźmi, których świat nagle przestał istnieć; i pośród tego wszystkiego wieszczący Dylan. W krótkich słowach zwracający się do polityków i artystów, rodziców i dzieci, do całej ludzkości. Cokolwiek apokaliptyczna wizja.
Dylan przemawiający do całego świata o globalnej rewolucji, wszechobecnym czynniku zmian, o wiejącym wietrze odnowy - w porównaniu z tym "Winds Of Change" Scorpionsów to pop.

PS: Zapomniałem o propsach :|
Jerz, za ucztę dla uszy, jaką są te wszystkie albumy, zią :)
Marcin za zaszczepienie mi jazzu i ambitniejszej muzyki i za wszystkie rozmowy.
No i Homie za wszystkie kawałki dedykowane mi na imprezach, miksy na kompie i za Śledziu Inc.
Just keep it going...

czwartek, 14 września 2006

We know from the start, that things fall apart.

Shiiit... Znów wrzuciłem "Illmatic" do discmana, założyłem słuchawki i włóczyłem się wieczorem po okolicy. I choć nie jest to już Lotnisko, to tutaj też jest asfalt, uliczne latarnie, tak idealnie współgrające z miejską poezją Nasa. "Illmatic" to chyba wciąż mój ulubiony rapowy album, od pierwszej do ostatniej minuty wypełniony brudnym, tętniącym, nowojorskim brzmieniem. Kawałek pierdolonej historii, jeśli ktoś mnie spyta. Nawet dziś, po tylu latach, jest to dla mnie absolutne mistrzostwo muzyki miasta, niedościgły wzór. Za każdym razem gdy słucham zwrotki AZ z "Life's A Bitch", przechodzą mnie dreszcze, a "Memory Lane" to coś więcej niż rapowy kawałek. Ilekroć go słyszę, mam ochotę otworzyć piwo, zapalić i cofnąć się myślami wstecz - do czasów, gdy liczyło się tylko dobre, bujające brzmienie w słuchawkach, parę moniaków na piwo, piłka i kumple. Bez troski o to, co przyniesie przyszłość, bez rozważań o pracy, o polityce, bez zawirowań w życiu osobistym - mieliśmy wyjebane. Wszystko, czego chcieliśmy, to dobrze się bawić, osiągnąć sukces i być bogaci. Żyliśmy chwilą, snując marzenia, o których dobrze wiedzieliśmy, że i tak się nie spełnią. Nikt z nas raczej nie zostanie Jay'em-Z.
Teraz już nie mogę mieć we wszystko wyjebane, choćbym nawet chciał. Nie można całe życie unikać konfrontacji z rzeczywistością, choć nie wszyscy z nas zdają sobie z tego sprawę. Obserwuję jak ludzie, z którymi dorastałem zmieniali się przez te lata, a może to ja się zmieniłem... Spotykam tych ludzi na boisku, w klubie, u kogoś na grillu czy też po prostu na ulicy i nie mamy o czym rozmawiać. Każdy zna to uczucie - ludzie, którzy kiedyś byli ci bliscy, teraz wydają się tak obcy. Wspomnienia z nimi związane wydają się pochodzić jakby z innego życia. Czas jest nieubłagany.
Jeszcze niedawno szliśmy z Dawidem do liceum, teraz uczę się do sesji poprawkowej na studiach, a czuję się jakby to było nie dawniej niż parę chwil temu. Cieszę się, że Dawid się za bardzo nie zmienił, że znamy się tyle lat i wciąż możemy porozmawiać - tak jak nie mogę już porozmawiać z Dudkiem, Karolem, Łukaszem. Kurwa, Karol był moim najlepszym kumplem... Wpadłem do niego dość niedawno, lekko się najebaliśmy i pograliśmy na plejce jak za starych dobrych, to już nie jest to samo.
Śmierć Konrada, to, że Karol teraz przejmie hotel po ojcu - tyle się nagle zmieniło, nasi rodzice też już się nie przyjaźnią. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że do tego dojdzie, nie uwierzyłbym.
Od paru lat usiłujemy się wybrać starą paczką do Białogóry, do Karola. Mam z tym miejscem związane tyle wspomnień, kurwa mać no... Jak w nocy przyszedł do nas ojciec Karola mówiąc żebyśmy poszli z nim na polowanie, jak rano znalazłem w lodówce przekrojonego na pół dzika, jak graliśmy w Crasha i Quake'a, i jak nawaliliśmy się z Kikutem na urodzinach Karola...
Znów włączył mi się tryb jesiennej gawędy. Wrzesień to miesiąc, w którym zawsze dopada mnie depresja i zaczynam wspominać stare, dobre czasy, gdy piwo było lepsze, życie prostsze, wydatki mniejsze, dziewczyny mniej prozaiczne, a kopanie piłki sprawiało większą frajdę - kiedy chodziłem na konkursy chemiczne i plastyczne, byłem laureatem z historii, trawa była owocem zakazanym, a Wu-Tang wydawał się być najlepszy z całego rapu.
Marudzę? Prawdopodobnie tak, ale kiedyś wszystko wydawało się takie proste... Niestety wszystko się kiedyś, kurwa, kończy. Nawet w chwili, w której to piszę, coś się kończy.

środa, 13 września 2006

If I go, know that I’ll make a return...

W zasadzie pod tym adresem miał się znaleźć uporządkowany i poukładany materiał z Fajeev, ale póki co musimy tego zaniechać. Marcin jest tak zabiegany, że nie mamy czasu się nawet spotkać przy piwie i pogadać, a ja mam taki mętlik w głowie, że nie podejmuję się na razie żadnej twórczej pracy. Jestem w proszku, w rozsypce i to, co właśnie robię, jest pewną formą terapii. Za każdym razem gdy kończą się wakacje, a razem z nimi odpoczynek, grillowanie i wylegiwanie się przez telewizorem, jestem rozmontowany. Myślę, że nie ja jeden.
Choć nie jest to Fajeev, to w jakiś sposób jest to związane, bo - koniec końców - wszystko co tworzymy, to projekt Group Fajeev. Obawiam się jednak, że Group Fajeev będzie za jakiś czas opierać się jedynie na naszej przyjaźni – tak jak moja przyjaźń z Izą sprowadza się do wysyłania sobie nawzajem życzeń, wpadania na siebie w klubie i coraz rzadziej – telefonów podczas depresji; a z Helem do kontaktów telefonicznych, z rzadka gadki o dzisiejszym rapie przy piwie i nie-rozmawiania o Magdzie. Z Olą też straciłem kontakt po liceum – choć wróciła już z Torunia, to odnoszę wrażenie, że nie nadajemy już na tych samych falach; ona teraz obraca się wśród małostkowych i niezbyt pasjonujących ludzi, z którymi ja przestałem umieć rozmawiać na inny temat niż piłka nożna. Szkoda, bo czasy liceum zawsze będą mi się kojarzy z Olą. Kolejna znajomość, którą warto byłoby kontynuować, ale która nie przetrwała próby czasu – podobnie jak w sumie Kato.
Jedyne co trzyma się dalej, to Trzech Melancholijnych Cyganów (mam nadzieję, że Murs, Eligh i Scarub nie będą mieli mi za złe plagiatu, ale bardzo mi się ta nazwa spodobała). Trzech, bo Soot jest tylko dodatkiem – bardzo istotnym, ale wciąż dodatkiem. To nic osobistego, ale ostatecznie to jednak my trzej chodziliśmy do jednej klasy i w różnych konfiguracjach siedzieliśmy w jednej ławce. To z nimi wypiłem tyle browarów – i na transformatorze, i za Wozem Drzymały, i w wielu innych miejscach – że dziura budżetowa to drobne na telefon, to z Icemanem byliśmy w garniturach na bowlingu i to z nim odwalałem takie akcje, że szczerze się dziwię, że nie obudziłem się jeszcze w jakimś zaułku. Czasem się dziwiłem, że się w ogóle obudziłem...
Cardi jest bardziej stonowany, nie tak mocno pierdolnięty w głowę jak my dwaj, ale swoje też już w życiu zrobił. Pamiętacie grilla u Maciasa? :D A „Cyganie? Cyganie złodzieje”? A psa na detoksie? Obawiam się, że to już koniec, że takie rzeczy już nie wrócą.
Obawiam się także że Marcin dalej będzie się miotał w podziemnych projektach, zbyt ambitnych jak na nasze realia, a ja ostatecznie rozmienię się na drobne płodząc trzeciorzędne teksty i quasi-publikacje, których nikt nie czyta. Proza życia zabija marzenia. Dalej będę pił, palił tak długo aż w końcu nabawię się raka, jarał coraz częściej i zryję sobie psychikę tak jak Miszka, który nie rozpoznaje ludzi, dalej będę wracać po nocach, olewać studia i słuchając Dylana będę w samotności się upijał – i od czasu do czasu napiszę coś takiego jak to. Obawiam się, że oddałem marzenia być może za nieco więcej niż parę piw, ale ostatecznie wychodzi na to samo.
Marcin dobrze powiedział: „Stary, mogę mówić, że jestem zajebisty i co z tego? Mogę rzeczywiście być zajebisty, ale bez materiału nikt mi nie uwierzy. A nie mam materiału i na razie mnie nie ma. Dopóki nie będę go miał, nie istnieję – tak samo ty. Więc pisz.”
Pisanie o pierdołach przychodzi mi bez trudu, gorzej z beletrystyką. Kompletna pustka, gdy przychodzi co do czego. Napisanie choć jednej strony o Kastorze jest dla mnie cholernie trudne – istna martyrologia. Czasem się zastanawiam czy kilkustronicowe opowiadanie, które urosło do rozmiarów epickiej powieści o upadku człowieka, czy to nie jest za dużo. Może mnie to po prostu przerosło? Od niemal dwóch lat, od frustracji, wściekłości, bólu i urażonej dumy po rozstaniu z Ewą, nic tak naprawdę nie napisałem, poprawiając jedynie prolog. Natomiast to, co wtedy napisałem, w zasadzie dzięki Ewie, to fragmenty wyrwane gdzieś ze środka opowieści, nie stanowiące monolitu z tym, co miałem do tamtej pory. Brak ciągłości – to chyba największy problem.
To wszystko było tak dawno. Magda, Robert, Wilamowo, pierwsze szkice mojego opowiadania, które rozrosło się pod piórem, stopniowe nadawanie postaciom głębi i tragizmu. Kiedy rozsyłałem ludziom na bieżąco to, co napisałem i oczekiwałem w zamian uwag – oczywiście najbardziej kretyńskie miała Magda, jak zwykle. Wtedy pisałem jak natchniony, zapełniając kolejne strony.
Ale mi się rym udał, no proszę... Tak, raperem też chciałem zostać, ale za późno sobie uświadomiłem, że skończyłem za dużo klas. Ministrem też już raczej nie będę – mogłem tej matury nie robić. Tak tylko sobie zamknąłem kolejne drzwi. W sumie jaki mam w życiu wybór?
Od kiedy uświadomiłem sobie, że nie mogę być Old Shatterhandem, Atosem ani Tonym Montaną, chciałem być artystą. Dziś „artysta” ma wydźwięk pejoratywny, brzmi wręcz obelżywie, bądź sztucznie i pompatycznie – zależy w czyich ustach. Artysta to oszołom, zboczeniec, kabotyn. Przejebane mają artyści, kurwa. Iza kiedyś spytała – z przekąsem, jak sądzę – czy ja siebie uważam za artystę. Zabrzmiało to dość szyderczo, zważywszy na to, że nie czytała nic mojego autorstwa – może to dlatego że znów byłem pijany i pozowałem na wielkiego, niedocenionego, niespełnionego człowieka. Whatever.
Nie, kurwa, nie uważam siebie za artystę. Dopóki nikt nie kupi jakiejś mojej książki, nie będę tak uważał, kochanie. A mówić tak o sobie, nie będę nawet potem.

Dziękuję Marcinowi, Ice’owi, Cardiemu, Izie (za wakacyjną korespondencję), Homie’emu (za triumfalny powrót do kraju), Suri (za rozważania o sztuce i nie tylko) i jeszcze jednej osobie, która swoim zachowaniem poruszyła we mnie pokłady tego wszystkiego, co teraz wylewam.