wtorek, 19 czerwca 2007

there are times...

I znów, jak Jay-Z kiedyś, mówię, że to nie może być życie. Bo to się nie trzyma kupy.
Still I gotta move on, though my heart's still torn, life gone from the womb, don't worry, if it was meant to be, it'll be - soon.
Obiadokolacja o północy, jak to często bywa. Mięso zrobione naprędce, w kilka minut, jeszcze nie z takim profesjonalnym niedbalstwem, zawodowym minimalizmem, z jakim bym chciał. CSI Las Vegas, jedzenie na kolanie, co jakiś czas rzut oka na skrypt rozłożony na stole, przyklejony do blatu rozpaczliwie, tak jak ja do studiów.
Beznadziejna sytuacja.
Oczy się kleją, ssanie w żołądku, kolejny papieros na balkonie ze słuchawkami, ze wzrokiem wlepionym w światła miasta. Bo widok mam zajebisty, panorama stoczni, ze wszystkimi dźwigami i blaskiem latarni. Stukot kół przejeżdżające pociągu, niosący się poprzez noc, aż do mojej membrany. I zmęczenie, zmęczenie straszne.
Jak b-boy, ostatni sprawiedliwy, kapitan tonącego okrętu. Niewielkie szanse, by był nim Latający Holender, raczej jak zwykła krypa. Jak uda mi się pchnąć tę całą sesję, nie mam pojęcia. To nie może być życie.
Podejrzewam, że dotknąłem piekła więcej razy niż Beanie, ale czy wrócę w życie pozagrobowym?
To akurat nie spędza mi snu z powiek, życie kryje w sobie większe zagadki.
Dla mnie przynajmniej.
Przestaję już czuć cokolwiek, mieć z czymkolwiek kontakt. Chciałbym się odłączyć, zresetować, najlepiej na stałe.
Ptaki ćwierkające o trzeciej nad ranem to wszystko dziwki. Tylko wziąć garłacz i je wszystkie wystrzelać. Małe, skrzydlate, irytujace skurwiele.

Jak woda na czekoladę, powoli osiągam stan wrzenia.

---

Mój stan ducha to:
Alabama 3 - Woke Up This Morning [Chosen One Mix]


Zaczyna robić się jasno, ja pierdolę.

poniedziałek, 18 czerwca 2007

.melancholia powrotów.

Powroty mają w sobie coś z porażki, deszczu i ostatniego papierosa. Są tak pełne melancholii, niemal nią ociekają. Siedzimy na końcu PKSa podskakującego na wybojach, zmęczeni, zamyśleni, z lekko zmrużonymi oczami.
Nachylam się za oparcie, tak żeby osłoniło mnie jak będę pił piwo. Nie wiem czy w PKSach spożywanie alkoholu jest zabronione, ale coś mi mówi, że tak. Wszyscy robią to samo.
Piwo wywołuje wesołość, uaktywnia utajone procenty z dwóch poprzednich dni. Wspominamy najśmieszniejsze momenty weekendu, przerzucamy się sytuacjami jak śnieżkami za gówniarza. A wspominać jak zawsze jest co. Głowa się kiwa, zamykam oczy i słyszę Shelter From The Storm.
Wszyscy marzą o wejściu do domu, zrzucenia bagażu na podłogę, prysznicu, kolacji i łóżku, a jednak gdyby była możliwość zmiany kursu o 180 stopni i powrotu, nikt by się nie wahał.
Powroty do rzeczywistości są niezwykle ciężkie, to jak zbyt szybkie wychodzenie z głębokości. Grozi chorobą dekompresyjną.
Weekend pod egidą Jamesa Browna i B.B. Kinga. Nie potrzeba było jeziora, bo drugie takie, a nawet większe, lało się z nieba.
W PKSie gitara, wódka z sokiem i szanty. Morze to najlepszy region świata, nikt nie ma takich pieśni i tego niepodrabialnego klimatu. Dziewczyny wysiadają, chowamy gitarę.
Wszystko pryska jak bańka mydlana. Wysiadamy z Łestem na dworcu, kupujemy po piwie, pół popcornu za ostatnie pieniędzy i idziemy wypić. Nogi same niosą nas w stronę plaży, bo to już rytuał, niemal codzienność. Przewracamy śmietniki i siadamy, otwieramy butelki. Jest sentymentalnie i melancholijnie. Miasto wydaje się nieciekawe i mdłe.
Zaduma.
I niewiedza co teraz ze sobą zrobić.

czwartek, 14 czerwca 2007

okrutny okruch życia

Kawa jest mocna i słodka, a contrario, tak jak gorzka jest letnia sesja. Z mlekiem.
Kawa, nie sesja.
Sąsiadka-szprycha wróciła. Spróbuję ją zaciągnąć do łóżka, jak następnym razem przyjdzie zapłacić za miejsce parkingowe. Co mi szkodzi.
Heroes III zamiast prawa karnego, kafle na balkonie klejące się od piwa, All Along The Watchtower, okruchy życia.
Coraz płytszy oddech, nienaturalnie skrócony i ucięty. Byle do piątku, myślę patrząc na zegarek. Unikam spojrzenia na podręcznik do karnego, ale nic z tego. Przyglądamy się sobie, mierzymy się wzrokiem. Jestem twardy, przetrzymuję skurwiela. Nie ze mną te numery, cegło. Twoje pół tysiąca stron nie robi na mnie wrażenia, jestem jak Eastwood w dolarowej trylogii. Książka flaczeje, kurczy się w sobie i chowa się głęboko w okładce. Jak ślimak.
Ale wiem, że to półśrodek, że jeszcze tej nocy skurwiel wygra. Bo to nie zależy już tylko ode mnie.
Miko Miyazaki nie żyje. Szkoda, że tylko Miko.
Mia Wallace nie musi umierać na trawniku, żebym miał przejebane jak bąk. Literally.
Nie tak jak Vincent co prawda, ale zawsze, kurwa, jednak.
Wszystko płaskie, kiczowate i znajome, jak Wolfenstein 3D.

Co naprawdę powiedział joker do złodzieja?

czwartek, 7 czerwca 2007

Simple Twist of Fate

BLVD, Odsłona #1

Jednak według większości opowieści wszystko zaczęło się na nadmorskim bulwarze, rozciągającym się niczym wstęga wzdłuż wybrzeża. Podczas burzy fale wściekle tłukły o betonowy mur, przy lekkiej bryzie widać było tójkątne żagle jachtów leniwie krażących po zatoce. Na licznych, oddalonych od siebie ławkach przesiadywali młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni. Bulwar był miejscem schadzek i randek, szczególnie o zmierzchu, gdy zachodzące słońce kryło się do połowy w morzu, nadając tafli pastelowe odcienie.
Właśnie jednego z takich wieczorów się poznali. On siedział na schodach, w kurtce z postawionym kołnierzem i włosami zwichrzonymi przez wiatr, w tym dziwnym stanie świadomości, w jaki wpędza intensywne picie przez kilka dni z rzędu, gdzieś między jawą a snem. Gdy siedział tak w białych sportowych butach, z papierosem przyklejonym do wargi, martwo wpatrujący się w beton pod stopami, wydawał się niemal ułudą. Blada, przepita i przećpana apoteoza obojętności i apatii.
Ona nadchodziła od strony licznych knajpek wyrosłych na sezon jak grzyby po deszczu przy uczęszczanym bulwarze. W sukience odsłaniającej kształtne łydki i w plisowanej bluzce, cicho stukała obcasami.
Stuk, stuk, stuk.
Gdy zrównała się z nim, przystanęła. Choć stała niemal na wprost niego, nie podniósł głowy. Kontemplował beton.
- Przepraszam, masz papierosa?
Głos miała wibrujący, trochę chrapliwy, z rodzaju tych, które niosą ze sobą słodką obietnicę. Tym razem jednak przebijało z niego zdenerwowanie.
Z niepokojem zauważył, że prawy but był brudny. Poślinił palec i potarł, usiłując zetrzeć plamę. Bez skutku.
- Mam.
I to wszystko. Zadnego gestu, żadnego słowa więcej. I wciąż martwe wpatrywanie się w stopień.
- Poczęstowałbyś mnie?
Jakaś część jego umysłu mówiła, że jeśli zamknie oczy, to ten natrętny głos da mu spokój i umilknie. Podniósł głowę i ze zdziwieniem zlokalizował źródło głosu. Zobaczył szczupłą twarz o delikatnych rysach, obramowaną lokami, których kolor zatrzymał się gdzieś pomiędzy czernią a ciemnym brązem.
Znużonym ruchem wyciągnął z kieszeni paczkę, otworzył i wyciągnął w jej stronę. Wyjęła papierosa i nachyliła się, gdy szukał zapalniczki. Gdy wstał, żeby jej odpalić, odezwały się wódka, haszysz i pięćdziesiąt godzin bez snu. Zemdlał.
Ona zadzwoniła po pogotowie.
Potem byli razem.


Jakiś czas.

środa, 6 czerwca 2007

Did they get you to trade your heroes for ghosts?

A jednak się domyśliłeś. Myślałem, że jesteś już na to za stary - że wolisz hodować kurczaki i ciułać grosze...


Yesterday's New Quintet - Bitches Brew.
Uwierzysz?

poniedziałek, 28 maja 2007

Niedziela, Wielki Kack, 12:00 na tarczy

Plamy po różowym szampanie na białym t-shircie, lepiącym się do pleców. Z nieba leje się żar, siedzimy na torach, głowy ciężko się kiwają, alkoholowy oddech, syndrom dnia poprzedniego pulsujący nawet w koniuszkach palców. Zimny Redd's pity na kaca, pienistą strugą wlewany do gardła, gaszący pragnienie. Pusty portfel, ostatni papieros, wychodzenie z kaca na opuszczonym dworcu, nogawki spodni podwinięte do połowy łydki.
Bosonodzy Ninja z Zapomnianego Dworca.
Prawdziwe middle of nowhere. Czas tutaj biegnie zupełnie inaczej, zwalnia, staje się lepki i senny. Raz na kilka godzin po rozgrzanych szynach sunie anachroniczny pociąg-widmo, Niebieski Szynobus zatrzymujący się raz na 350 lat.
W oddali, skrajem lasu posuwają się trzy białe postacie. To Hendrix, Morrison i Janis Joplin, w szatach liturgicznych, niosą Graala. Nikną pomiędzy gałęziami, pojawiają się kilkanaście metrów dalej, jak migająca biała plama. Daję głowę że gdzieś przed nimi skacze przez las pierdolony jednorożec. Wierzchem dłoni ocieram kroplę potu z nosa i biorę łyk piwa.
Czas przestaje mieć znaczenie, tak jak i wszystko.
Siedemnaście razy na godzinę myślę o wyjeździe nad jezioro.

Aleksander Borodin był bardzo roztargniony. Pewnego razu wychodząc z domu, zatknął w drzwiach kartkę z napisem: "Wrócę za godzinę". Po jakimś czasie wrócił, zauważył ową kartkę i powiedział:
- Jaka szkoda! Znowu go nie zastałem! - po czym usiadł na schodach i czekał na samego siebie.

poniedziałek, 14 maja 2007

Do you know my world, do you know my kind?

"Well, I've been to the mountain, and I've been in the wind
I've been in and out of happiness
I have dined with kings, I've been offered wings
And I've never been too impressed..."

Brzmi jak moje credo, prawda? I chyba tak jest.

Siedzę na balkonie, pogoda jest zajebista. Gorąco, świeci słońce, lato pełną gębą, choć to dopiero maj. Zaciągam się papierosem, przeglądam notatki z prawa cywilnego. Jutro kolejne podejście do egzaminu, a dopiero teraz zaczynam się uczyć. To i tak zajebiście jak na mnie - zacząć przed północą? Piję kawę, oczywiście bez mleka, bo nikomu nie chciało się ruszyć dupy do sklepu. Mi też się nie chce. Na zmianę odsłuchuję "T.R.O.Y.", "On My Balcony" i remiks "The World Is Yours", mój maturalny numer. Zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój.
Pogoda jest taka, że przypominają się powroty z Sopotu z Ryndą i Bartkiem, jak piliśmy wódę w gejowskim klubie do ósmej rano, wtedy jak przyjechał ambulans i policja i jak Rynda wylądował na komendzie, a potem krył się na dachu przed policją. Nie nastraja to za bardzo do nauki, tym bardziej, że nie jestem rześki i świeży.
Weekend mnie rozciągnął i wyprał, znów czuję się rozmontowany. Marzę o położeniu się z piwem na jakiejś łączce i chilloucie, ale chuja tam. We don't need no education, ale co zrobić?
Opalam się więc na balkonie ze skryptem i staram się nie zasnąć.
Focus, motherfucker. You need to focus.

sobota, 12 maja 2007

Gdybym miał być jakimś albumem, byłbym Illmatic'iem.

Kastor de la Fere jest geniuszem. Podejrzewam, że jest to najbardziej zbliżony do ideału bohater literacki - i dlatego mnie przerósł. Jest wszystkim, czym zawsze chciałem być i nie ma absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. Rozterki i dylematy moralne po prostu do niego nie pasują, choć jest to niesamowite. Przecież to spłyca bohatera, prawda? Jasne, kurwa, i to jeszcze jak. I właśnie w tym przejawia się geniusz Kastora. Jest prosty, a jednak wielowymiarowy. Nie mogę powiedzieć, żebym to ja go stworzył. Na pewno nie w większym stopniu niż on mnie.
Kastor jest Hendrixem. Jest Dylanem, Madlibem, Yossarianem, Hollidayem i Pursewardenem, jest Wu-Tangiem i Rootsami, jest Gwiezdnymi Wojnami, jest Nowym Jorkiem, THC i burbonem, jest Tomem Waitsem ze szpadą, jest Złotem Dla Zuchwałych bez happy-endu, jest pierwszym Radioheadem, jest Nevermind Nirvany, jest Illmatic'iem, jest "Charlie Don't Surf", Brando i Bogartem, Pacino i Claptonem, jest jak Kind of Blue i Bitches Brew, jest Love Supreme, jest Felą, Elliotem Nessem, Tonym Montaną i Michałem Aniołem, jest jak ostatni krzyk wolności, jak Coca-Cola, jest wszystkimi rasami i archetypami w jednym człowieku. Jak pies na detoksie, jak proza Hemingwaya, jak Aleksandria, historia człowieka, jak fizyka kwantowa, jak zimne piwo w upalne popołudnie, joint w deszczu, jak gol zza pola karnego, jak Eric Cantona, jak dzieci słońca. Jest.
Jest mną.
Tobą.
Każdym z nas.

piątek, 11 maja 2007

Keep it on and on and on and on...

Leżę na łóżku z rękoma pod głową i patrzę w sufit. Ze słuchawek sączy się jazz, wszystko mam w dupie. W pokoju jest ciemno, duszno, wszystko śmierdzi papierosowym dymem i alkoholem. Rozsunąłbym zasłony i otworzył okno, ale nie chce mi się wstawać. Kac-katharsis. Czuję się kompletnie wyprany, jestem monumentem obojętności. Spodnie leżą na biurku, kurtka leży na podłodze, jeden but stoi na półce z książkami, drugiego z łóżka nie widać. Taki moment, że wszystko mnie serdecznie pierdoli. Wiem, że za parę godzin mi przejdzie, więc cieszę się chwilą. Bitches Brew. Sufit jest beznadziejny. Płaski, biały i jakiś taki, kurwa, nijaki. Utożsamiam się z nim. Myślę, że możemy się zaprzyjaźnić. Sufit egzystuje w jednym czy w dwóch wymiarach? Zastanwiam się jakby się czuł, gdybym to ja był nim, a on mną. Pewnie też by leżał ze słuchawkami na uszach. Wymyśliłem zgrabny epigramat: "Jak sufity chłoną jazz? Wcierają sobie."
Zjebany, co?
Zresztą, to chyba nie jest epigramat, ale nieważne.

środa, 9 maja 2007

And I never worry - now, that is a lie

Kurtka z postawionym kołnierzem, co - jak lubię myśleć - mnie w pewien sposób definiuje, chodnik pod podeszwami zdartych białych sników. Lubię ten klimat, takie połączenie samotności, refleksji, smutku i szczęścia. Idę powoli bulwarem ze słuchawkami na uszach, niebo ma tę samą barwę co morze, utrafiłem idealnie. Nie słyszę ludzi, odcinam się od świata, Red Hoci, Sage Francis i Massive Attack pozwalają mi oczyścić umysł, skupić się na sobie. Zaciągam się papierosem, dym lekko gryzie podrażnione gardło, spluwam przez murek na obrośnięte mchem kamienie, rytmicznie omywane przez morskie fale. Telefon zostawiłem w domu, po raz pierwszy od lat. Dystansuję się. Przełączam na Dusty Springfield, lekko się uśmiecham, bo Sage mnie trochę zamulił. Nie chcę myśleć, analizować i się zastanawiać. Chcę się wyłączyć, odprężyć, taki swoisty un-plug. Co ma być to będzie, tak do tego podchodzę - przynajmniej w tym momencie. Zaczyna się Illmatic, ale kręcę głową, wyrzucam niedopałek do śmietnika, przysiadam na murku i przełączam. Nie tu i nie teraz, zmieniam klimat. Szybka adaptacja do Pete Rocka i CLa, roztapiam się w dźwięku. Opieram się łokciami o murek, patrząc na morze. To moja ulubiona pozycja, zawsze tak palę na imprezach. Wyciągam z kieszeni papierosa, odpalam, wypuszczam nosem kłąb sinawego dymu. CL mówi "deep down you know I'm really just one woman man". Pewnie tak. Zrywa się wiatr, zapinam kurtkę i idę z powrotem. Doo Rags nie skipuję, kupuję browara, bębnię cicho palcami o blat stołu i kontempluję morze. Przez moment myślę, że jestem Hemingwayem, ale wrażenie znika niemal od razu. Kretyni wydzierają się pijąc piwo na plaży, zwiększam woljum. Szorty, takie same bluzy, czapki z daszkiem, ale nie chce mi się z nich śmiać. Znów robię głośniej, odnajduję się w Under The Bridge. Raz, drugi, trzeci, czwarty. Niebo zaczyna nabierać zróżnicowanych barw, dopijam resztę piwa i gaszę papierosa. Zbliża się wieczór, robi się chłodno. Wkładam ręce do kieszeni i wracam do domu. Black Thought szaleje na majku, uwielbiam gościa.
Zimno, wieje, robi się ponuro. Wyrzucam niedopałek i gaszę go pod butem. Wskazówki na tarczy wskazują dziewiątą pi-em.

wtorek, 8 maja 2007

Sky's the limit so you know I'm gonna rise and shine

I gotta do my thing, I'm kinda getting a little tired of all that's hidden
That's the reason I'm a speak my mind, keep from going insane
Why, why, why, why, why, why?
Leci właśnie na repeacie. Zakochałem się w tym numerze, chociaż wcześniej nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Rootsi miażdżą, aż się nie mogę doczekać Open'era.
Wszystko mi przeszło, czuję się naprawdę nieźle. Stałem z papierosem na balkonie, słuchałem "Why", krople cicho bębniły uderzając w dach. Lubię deszcz. Jest nostalgiczny i melancholijny, a jednak zawsze potem wychodzi słońce. Drugi utwór, który ostatnio strasznie katuję, to "Teardrop". Po latach znów mnie zauroczył, jak ja pierdolę.
W sumie przez ten deszcze przypomniało mi się Taize, nie wiem czemu. Przecież to było tak dawno temu.
Coś tam w sumie piszę jako tako. Nie jestem zadowolony, ale nigdy do końca nie jestem. Za dużo książek w życiu przeczytałem, żeby być dumnym z tego, co piszę. Kwestia, kurwa, pokory.

"Before the dark times, before the Empire..." :D

niedziela, 6 maja 2007

I can feel the city breathing

Situation gets clear.
I can't help it. Or won't - but in the end does it make any difference?
Cytaty są zajebiste - niezobowiązujące i tak naprawdę nic nie znaczą. Chyba.
Jutro znów na uczelnię, ja jebię.
Life used to be a lot of easier, y'know? Simple, lemme tell you that.
Hey, you know, everybody's been talking about the good old days, right? Everybody "the good old days"...
K.U.R.W.A.

you - the love my life.

Till my veins go cold.
Chce mi się śmiać. Tak bardzo, że nie wiem co zrobić. Niesamowite.
Pete z CLem zajebiście dają radę na żywo, szczególnie w T.R.O.Y. Sampel z Jefferson Airplane za każdym razem mnie rozwala. Tego, bracie, nie przebijesz, jak powiedział Lemuel do Pata.
So oh so funny.
Jutro sobie obejrzę jak Newman jeździł na rowerze, a potem nie wiem co. Teraz papieros, prysznic i kimono.
Było śmiesznie. Dzień jak co dzień, w sumie.

No longer a grown-ass kid. No longer.
(Pepper Longer?)

wtorek, 1 maja 2007

The rejected stone is now the cornerstone.

Co za stek bzdur... I ja to wszystko napisałem? Głupota rodzi się w przysadce mózgowej czy w jelitach? Ciekawe zagadnienie, jak by nie było.
Nowadays sounds silly as hell.
Wczorajszy flashback przebił wszystkie inne. Stojąc na balkonie czułem zew chodnika te dziesięć czy więcej metrów niżej. W sumie chuj wie, ile to jest, bo nigdy nie miałem miary w oku. Odpędziłem od siebie ponure myśli, wyrzuciłem niedopałek i wróciłem do domu. Pisałem jakieś bzdury, jak położyłem się spać powoli świtało.
Wódka z grejfrutem to kiepski substytut szczęścia. Moje szczęście jest gdzieś daleko stąd, sam dobrze nie wiem gdzie. A może to zwykła mrzonka? Pewnie znów coś mi się wydaje, jak wiele razy do tej pory.
Znów miałem wykręcony sen, w mniej więcej tej samej obsadzie. Teraz nie byłem Jedi w Dolinie Królów, nie chodziłem po jerozolimskich knajpach, za to walczyłem za króla, a raczej królową, Szkocji. Konkret. Kradłem Anglikom tarany, a królowa mieszkała w bloku. Sci-fi.
"No regrets" to najdurniejszy tekst ze wszystkich.
Regrets, regrets, regrets.
Czas wyjść z impasu.

niedziela, 29 kwietnia 2007

All I want to do is sit here on my balcony...

Nudzę się. Nudzę się tak strasznie, że aż mnie zęby bolą. Przejebany feeling, bo wiem co oznacza. Nie miałem tego już od bardzo, bardzo dawna. Słucham zamulastej muzyki, Flunk, DeGraw, etc. Co gorsza wiem, że czegokolwiek nie będę robił, gdziekolwiek nie pójdę, będę tylko zabijał czas.
I sam nie wiem, co się dzieje. Czy tak zawsze było czy to tylko alkohol. A może naprawdę coś się dzieje? Nie wiem i wkurwia mnie to, i rozstraja. Zawsze ten sam dylemat, tyle że zawsze w nieco innym wydaniu. Szczególnie w tej sytuacji.
Na balkonie, kawa Davidoff i papieros Davidoff. Wszyscy wyjechali, w domu pusto. W moim pokoju zalega sterta ubrań, przesiąkniętych papierosowym dymem. Nic mi się nie chce. Dziś nie piję - przynajmniej tak sobie założyłem. Wczoraj się czułem jak gówno. I need a day-off. Od dwóch prawie tygodni piję codziennie. Dość destrukcyjnie to na mnie wpływa. A w sumie wystarczyłoby żebym dalej miał wszystkich w dupie i nie byłoby problemu. Chociaż, kto to, kurwa, wie.
Chyba czas zrobić krok naprzód. Lub raczej kilka kroków, w różnych sprawach. Keeping the motion, jak u Krusha. Bo póki co stoję w miejscu.
Krush. Crush. On. You.
Archiwum gg to zajebista sprawa. Moje gadki z Marcinem to materiał na książkę, chociaż w rozmowach z Ice'em leciały takie teksty, że się popłakałem ze śmiechu przy lekturze. Taki flashback, że ja pierdolę. Nie pamiętałem już tego wszystkiego. Nooekstra.
With the blue moon in your eyes.
I've got my reasons just to get by, what the fuck.

niedziela, 22 kwietnia 2007

Life goes on and on and on...

Czasem mam ochotę kogoś zabić. Brutalnie, krwawo wytłuc życie, tak żeby móc się sadystycznie wyżyć. A po chwili sobie myślę "Ee, napiłbym się piwa". I wszystko przechodzi.
Bo tak jest. Zycie zapierdala, nie zważając na nic. Nie żebym to jakoś szczególnie przeżywał, ale to trochę chujowe. Swiat na ciebie nie czeka - i na pewno nie skończy się kiedy umrzesz. Taki lajf. Hemingway potrafił zatrzymać czas. Na papierze zawsze łatwiej.
Teraz żałuję, że zawsze uciekałem z kadru, mówiąc że jestem niefotogeniczny. Oglądasz album i mało gdzie jestem. W sumie zawsze miałem wyjebane, ale trochę szkoda. Naprawdę mam mało takich pamiątek. Mam naprawdę zajebiste memory lane i często wysuwam szufladę w mózgu i wspominam, jak jakiś wiekowy dziadyga. Słuchawki na uszach, papieros, jakiś dobrze znany utwór, który sam wywołuje obrazy z pamięci, taki ekstrastymulant. Nic mnie wtedy nie obchodzi. Jakbym na nic nie czekał. Czasem też chciałbym mieć siedemdziesiąt lat, siedzieć na ganku i mieć wszystko gdzieś. Bo wszystko już usłyszałem, wszystko zobaczyłem, przeżyłem wszystko co można przeżyć. Ale szybko mi przechodzi.
Smutne jak dupa.
Pijackie wspomnienia, z kilkoma zaledwie zdjęciami i niemal żadnym filmem. Inna sprawa, że prawie na każdym zdjęciu wychodzę beznadziejnie, jak bym był pijany. W jakichś takich głupich momentach strzelają mi fotki. Ale potem patrzysz na zastygłe twarze i magię chwili zamkniętą w zdjęciu i myślisz "Taa, to było, kurwa, coś... Pamiętam jak...". Jak na reklamie MasterCard. Priceless.
Nie jestem zadowolony. Chyba w ogóle. Pewnie, kilka rzeczy wywołuje uśmiech zadowolenia na twarzy, ale reszta... Szkoda gadać.

sobota, 21 kwietnia 2007

If I could only turn back the clock to when God and her were born...

Mając dwadzieścia lat czuję się tak samo jak przedtem. Nie za dobrze w tej chwili. Przez ostatni tydzień miałem zajebisty humor, do wczoraj. W sumie nic się nie stało, ale jakoś dziwnie się czuję. Wstaję rano, zastanawiam się czy Lucas w końcu będzie z Peyton i nad innymi sprawami o znaczeniu żywotnym. Bardzo twórczo. Dzisiaj odpaliłem sobie kilka scen z Henryka V i Branagh to jednak mistrz. Najlepsza przemowa ze wszystkich dramatów i jeden z najlepszych monologów w dziejach kina. Chyba tylko Tony Montana miał lepszy, zataczajac się po pijaku i waląc prawdę prosto w oczy - tak jak ona się nie sprzedaje. No i Norton kończący brawurowy speech słynnym "fuck you too, Monty".
Znów sięgnąłem po Durrella. Najlepsza książka jaką czytałem, a trochę ich było. Kwartet nokautuje wszystko i wszystkich, nawet Diunę i Hemingwaya. Wiem już, kim była moja Melissa i Justyna, ale kim jest Clea? Mogę tylko marzyć żeby napisać coś choćby o dwie klasy niżej. Pomijając wszystko inne, Pursewarden to jedyny zdrowy psychicznie skurwiel ever, obok Yossariana. I koniec końców, Pursewarden umiał gasić wszystkich jednym celnym zdaniem. Niczyj bełkot nie był równie zrozumiały i równie błyskotliwy co jego. Chyba tylko Wilde miał więcej genialnych bon-motów.
Nie ma mistrza nad Dylana. Jeśli chcesz się upić na smutno, Dylan nie ma sobie równych. Stary, dobry Bob, majestic melancholy minstrel (triple M!). Hołduje zupełnie czemu innemu niż ogół - tak niewiele słów, a tak wiele znaczą. I wish I could so.
Współczuję i zazdroszczę Kastorowi. Szczęśliwie nieszczęśliwy skurwiel.

Lajn nad lajnami:
Albo puszczę jej swoje bity i ona powie, że są zajebiste. A ja myślę "No co ty dziwko, przecież są chujowe, nawet ich nie słuchasz".

piątek, 20 kwietnia 2007

You're such a beautiful freak...

2Mex daje radę. Gloria Was A KROQer jest cokolwiek śmieszne, ale fajnie się słucha. Dlatego such a Beautiful Freak. Aha.
Akuma i Factor wsamplowali AZ - fajnie, co? "Life's a bitch" i wszyscy wiedzą o co chodzi.
Wkurwiłem się, bo miałem taką ochotę pojechać nad jezioro, usiąść przy grillu i wódce, pograć w bilard, leniwie wyciągnąć się na pomoście z zimnym browarem, może połowić ryby. A tu chuj. Pierdolony czynnik ludzki.
Poza tym znów mam to dziwne, trochę głupie, uczucie.
No i przestaję pić. Przestałem mieć ochotę.

Nie lubię czekać na coś. Wolę nie czekać już na nic.

Powinienem coś napisać, ale nie mam ani chęci, ani sił.
Po chuju.

niedziela, 15 kwietnia 2007

It's been hell of a year

Nie cierpię pogrzebów, zresztą nikt ich nie lubi. Zawsze się wtedy zastanawiam, kto będzie niósł moją trumnę i tak dalej. Ciekawe czy będzie mi to robiło jakąś różnicę.
Staliśmy na cmentarzu, w ciemnych garniturach nagrzewających się od słońca, w takim nieświadomym pastiszu Ojca Chrzestnego, bo byliśmy Ewie to w jakiś sposób winni. Jesteśmy. Nie potrafię sobie radzić w takich sytuacjach, bo wiem, że słowa nic nie zmienią, toteż milczę i wychodzę na głąba.
Siedzieliśmy z Cardim w parku, na Korei, paliliśmy i dyskutowaliśmy. Liceum było jednak o niebo lepsze, bez porównania. W garniturach, pod krawatem, nie pasowaliśmy do okolicy, do ludzi i w ogóle do tego miasta, tak jak nie pasuję do żadnego z miast. Prawdopodobnie jak każdy z nas.
Może i Goethe rzeczywiście pisał na kacu, mi dość ciężko. Łeb mnie napierdala, nawet najlżejsze zmarszczenie brwi powoduje eksplozję. Ale spoko, przechodzi mi. Znów wróciłem do domu o piątej, choć planowaliśmy powrót o północy. Ale nie narzekam, śmiesznie było. Ostatnio rzadko kiedy jest śmiesznie, szczególnie na tej smutnej jak pizda uczelni.
Idę breakfast machniom, kawa, papieros i albo któreś Star Wars, albo Henryk V.
No co poradzisz?
No nie poradzę.
No nie poradzisz.

niedziela, 1 kwietnia 2007

Walk around town like a hoodlum with a knife

W drodze powrotnej do domu podśpiewywałem sobie Sucker MC's. Jest nieźle.
W knajpie Mars gadał z jakimiś Kaszubami, a potem założył się o sto browarów, że wciągnie dwadzieścia ścieżek tabaki jedna za drugą. No i się porzygał.
Ale i tak wszyscy umrzemy, więc co to za jebana różnica?
Co dwadzieścia kresek to nie jedna, jak brzmi kaszubskie przysłowie.
Mimo wszystko wieczór na plus. Dzień w sumie też. Strejndż ło-orld.
Nic mi się nie chce pisać, więc idę spać.
Myślę, że sobie jeszcze Lefonka posłucham or what.

"spread love 'cause it's the Brooklyn way..."

A Liroy z nimi nagrał track... Strejndż ło-orld beskidó.

Ice ma last.fm, aha aha.
No nic.
Idę w kimę.
Co za chujowe rzeczy napisałem. Za stary się na to wszystko robię.

May the Force be with you.

wtorek, 27 marca 2007

I don't know.

Diamondy są wieczne, beskidó.

Rynda miał znowu przypał, taki przezajebisty. Nie wiem jak on to robi. Chyba je generuje albo co. Nie wiem.
"I się wkurwiłem, bo sobie kupiłem taką wielką kiełbasę..." :D

A tak poza tym to nic mi się nie chce tu pisać i w ogóle. "W ogóle" to dobry zwrot. Muszę zacząć go używać, żeby podkreślić wagę wypowiadanych słów, np: "pierdolę tę uczelnię i w ogóle".
Konkret, co?

Idę spać.
See-you-nara.

środa, 14 marca 2007

Don't think twice, it's all right

we never did too much talking anyway
so don't think twice, it's all right...


and I said - what about "Breakfast at Tiffany's"?


but I know you just don't care. I know you don't, motherfuckers.


PS: Przestałem śpiewać Light My Fire.

Dzień really taki-se.

scenka rodzajowa
aula wypełniona ludźmi, przedwcześnie posiwiały profesor stuka długopisem w rzutnik i mówi nie wiadomo o czym
w drugiej ławce siedzi dwóch gości

- Ty, wpisujemy się na tę listę?
- No kurwa... Nie po to szedłem taki kawał, żeby nie mieć obecności.
bierze listę, pisze liczbę 65, stawia kropkę i pisze "Prosiaczek"; obok, w kolumnie z podpisami, rysuje świnię w t-shircie
podaje listę i długopis sąsiadowi z lewej, ten dopisuje kolejny numer i pisze "Kubuś Puchatek", ostro, zamaszyście, obok baryłka miodu z napisem "HUNNY"
rozglądają się po sali pełnej nieznajomych twarzy
- Co to za przedmiot jest?
- Chuj wie.
- A co za wydział?
- No Oli i Agi.
- Zarzadzanie?
- Coś w ten deseń.
- Aha. Co za dziwni ludzie.
ten z lewej zagina kartkę i robi z niej samolot; wykładowca urywa w pół słowa i patrzy na demiurga
- Mogę w czymś pomóc?
(nie przerywając składania samolotu) - Dziękuję, poradzę sobie.

minutę później

- Stary, idziemy stąd. Minęło już dziesięć minut. To był głupi pomysł, żeby iść z nimi na ten wykład.
- Racja.
wstają, zakładają kurtki; profesor znów przerywa
- Rezygnujemy?
- Ano tak. Kiepska atmosfera.
- Cieszę się.
- Nie tak jak ja.
wychodzą

dwie minuty później, na papierosie przed budynkiem
- Nawet nie usłyszałem, że dostałem esemesa.
wyciąga telefon
siostra: "co robisz na naszej uczelni?!"
- Moja siostra tam była? Kurwa, wracam się z nią przywitać.
- Chodź, idziemy. Przyjdziemy za tydzień.
- Dobra. Kubuś i Prosiaczek muszą mieć obecności na wykładach.

poniedziałek, 12 marca 2007

Trzy Picassy przed śniadaniem

Nie wiedzieć czemu wahałem się dość długo, zanim znów sięgnąłem po Steina. Ręka zamarła w połowie drogi do półki, myśl "może coś innego?" Nie chciało mi się czytać, uporządkowany ciąg liter kojarzy mi się z Markiem, Doliwą i całą resztą pedałów ze środowiska prawniczego. Zresztą czwarta na zegarze to nienajlepsza pora na szukanie książki do czytania.
Jednak strzał w dziesiątkę. Albo i nie, bo już wiem, że nie chcę być prawnikiem, nie w tym życiu. Wystarczy mi Montmartre. Nie lubię francuskiego, nie lubię Francuzów, ale lubię Paryż. Znów z sykiem otworzyć piwo, pociągnąć łyk, otrzeć kropelki potu z czoła, pod Łukiem Triumfalnym.
Ale książka dokonała cudu. Absolutnie nieprzyswajalna dla konsumpcyjnego chlewu, zaczytanego w bestsellerach wykreowanych przez media. Montparnasse wycieka z papieru, czuć woń akwareli, skwar na marsylskim tarasie podczas codziennego aperitifu. Bo każdy jest trochę marszandem, i filistrem, i artystycznym abnegatem.
Znowu olałem zajęcia, jutro zaliczam angielski. Ponoć. Jutro też spotykam się z Olą, również ponoć. Zrobiłem sobie minimalistyczną jajecznicę, bo nie chciało mi się schodzić do sklepu i wyszedłem na balkon zapalić. Z odbicia w szybie spoglądał na mnie smętny, nieuczesany i nie ogolony gość, z papierosem w kąciku ust. Ja.
Pogoda bajkowa. "T.R.O.Y." w słuchawkach, słońce grzejące w twarz, prawie-lato. Powinienem kopnąć się na dół, do centrum, przejść się bulwarem, położyć się na plaży, ale nie chce mi się. Nie samemu. Plus jest taki, że coś się krystalizuje w mojej głowie, jakaś mgławica wzruszeń o nieuchwytnej jeszcze formie. Jak zwykle mam problem z osadzeniem tego w jakichś realiach, bo a nuż wykorzystam to źle? I później uświadomię sobie, że pasowałoby to jak ulał do czegoś innego, jak ostatni element układanki, dopełniając całości obrazu. Albo to zwykły bullshit, którym próbuję usprawiedliwić swój marazm.
Wciąż myślę o wydawnictwie, ale chyba bardziej jako o kuszącej wizji, niż planu możliwego do zrealizowania. Marcin pewnie założy wytwórnię, prędzej czy później mu się uda, a ja będę mówił, że i tak by się nie udało.
Rickiem Blaine'em już nie będę, ani Durrellem, ani Holliday'em.
Ale mogę się napić. Niech Cardi zrobi tę imprezę, żebym mógł poszydzić z ludzi i poczuć się jak w liceum. To ostatnio jedna z moich największych pasji, flashback. Rozpaczliwe chwytanie doznań, niemal nieuchwytnych, odświeżających wspomnienia. na bardzo krótką chwilę umożliwiających podróż w czasie. Smak papierosa, zapach kawy, sos pomidorowy jak w Gdyniance, promyk słońca drażniący zmrużone oczy.

Ostatnio chce mi się pić, ale nie chce mi się rozmawiać z ludźmi. Idąc gdziekolwiek jestem wystawiony na bombardowanie tym gównem, które wypływa z ich ust. Mdłe to i nijakie. "Słowa, słowa, słowa."

Chciałbym móc utopić cały świat w szklance burbona, przy Waitsie.

Acknowledgement - Resolution - Pursuance - Psalm

Monday finds you like a bomb, it's been left ticking there too long

Yesterday's New Quintet na odsłuchu i zastanawiam się, gdzie się podziały tamte prywatki. Dziś dowiedziałem się skąd wracali Litwini, tak po wajdelocku. Locku. Locke był chujem, bo wymyślił te bzdurne teorie, których musiałem się nauczyć na egzamin u dziekana. I tak się nie nauczyłem, a kurwa zdałem. Ile może zdziałać jedna wizyta w klubie golfowym?
Ujebałem egzamin z cywilnego i spaliłem fajka w minutę. Taki wkurwiony byłem. Do końca mi nie przeszło, bywa. Czemu picie tłumi uczucia, a nie pozwala zapomnieć?
Nienawidzę poniedziałków, całym moim czarnym, bolącym od alkoholu i nikotyny sercem. Poniedziałek wyznacza wirtualny początek nowego cyklu, dowodzącego cykliczności i powtarzalności wszystkiego w naturze. Tydzień przetykany kilkoma piwami i wizytami na uczelni, tydzień nudny jak flaki z olejem. Wypełniony "cześć-co-ciebie-słychać" i "jak-tam-weekend", z milczącym "spierdalaj-gamoniu" z mojej strony. Kiwam głową, zaciągam się papierosem, czując znajome ssanie w żołądku, jakie wywołuje papieros na pusty żołądek, chwilę po wyrwaniu ze snu. Muszę się ostrzyc bo wyglądam jak Jamiroquai or sth. Po tygodniu przychodzi weekend, nieuchronnie związany z alkoholem, bo jakże inaczej. Upić się a napić dla smaku - jeden chuj. Bo to nie jest picie, to picie boskie. Niedziela w nocy zawsze ma smutcholijny posmak, ten wieczorny papieros przy dźwiękach wyrwanych kleszczami z ciała zmalterotowanego artysty i wrzuconych na nośnik.
I tak to się kręci. W przyrodzie nic nie ginie, oprócz piwa na domówkach, forsy i papierosów.
Zapał twórczy ginie, wiem to. Codziennie przymierzam się do napisania dalszego ciągu, poskładania tego wszystkiego do kupy, ale nie sposób tego ogarnąć. Biedny skurwiel Kastor wiedzie żałosną półegzystencję na papierze, porozdzierany na dziesiątki zeszytów i notesów, czekając aż ktoś go zlepi w jedną całość, jak Fisza.
Tak to się kręci, jak rollercoaster z filmów trzeciej kategorii.
Papieros.

wtorek, 6 marca 2007

I look back into the past, and think of way back then...

Friends all tried to warn me, but I held my head up high
all the time they warned me, but I only passed them by
they all tried to tell me, but I guess I didn't care
I turned my back and left them standing there

All the burning bridges that have fallen after me
all the lonely feelings and the burning memories
everyone I left behind each time I closed the door
burning bridges lost forevermore...

Joey tried to help me find a job a while ago
when I finally got it I didn't want to go
the party Mary gave for me, when I just walked away
now there's nothing left for me to say

All the burning bridges that have fallen after me
...

Years have passed and I keep thinking what a fool I've been
I look back into the past and think of way back then
I know that I lost everything I thought I that could win
I guess I should have listened to my friends

All the burning bridges that have fallen after me
...

To wszystko nie tak miało być. Zupełnie nie tak. Nigdy nie myślałem, że tak to się wszystko ułoży. Ze każdy pójdzie w swoją stronę i wszystko się pierdolnie. Siedząc z Olą i Ice'em na nabrzeżu, pierwszego dnia wakacji, kiedy cudem udało nam się wyłgać od mandatu, nie myślałem, że tak się to potoczy. Bo skąd miałem wiedzieć? Wydawało mi się, że ludzie, na których mogłem liczyć wtedy, zawsze będą blisko, że nie urwie się kontakt.
"We know from the start that things fall apart, intentions shatter" jak u Rootsów i Eryki. Powinno być jeszcze "she like 'that shit don't matter'", but no. Nie w moim życiu, jak mi się wydaje.
Niby się widzimy, idziemy na piwo, umawiamy się, gadamy, ale widać że każdy spierdala we własną stronę. Nie z Cardim i z Ice'em, bo akurat z nimi łączy mnie mnóstwo rzeczy, za dużo żeby to się po prostu urwało. Pewnie kiedyś się na siebie wkurwimy, kupimy pistolety i wystrzelamy na głównej ulicy pięknego miasta Rumi, ale nie ma raczej możliwości, żeby po prostu urwał się kontakt. Ale tak samo myślałem o Oli i Izie. Szczególnie o Oli, bo relacje z Izą zawsze były specyficzne. Gdyby dwa lata temu ktoś mi powiedział jak to wszystko się ułoży, parsknąłbym śmiechem. Kto by pomyślał, że z Izą nie umówię się przez cały rok? Owszem, czasem gdzieś na siebie wpadaliśmy, ale naprawdę bardzo rzadko. Poza tym, kuurwa... Okazjonalnie to ja spotykam ludzi, których nie lubię.
Olę spotykam częściej, dużo częściej. Ale od dawna nie miałem okazji spotkać się tylko z nią, pójść na piwo, powłóczyć się, pogadać o wszystkim i niczym. Jest to tym dziwniejsze, że Ola się nie zmieniła. Przynajmniej nie tak bardzo, żeby można to było zauważyć przy piciu piwa i kręceniu beki. Or did she?
W każdym razie od 2004 wydarzyło się tyle rzeczy, że jest to niemal nie do uwierzenia. Kto by pomyślał? W każdym razie na pewno nie ja. Co tylko dowodzi tym bardziej, że w gruncie rzeczy jestem głupi.
Nie wiem o co chodzi w tym bełkocie powyżej i po jaki chuj to w ogóle czytałem. Mniejsza z tym.
Słucham sobie Sinatry, czuję się koszmarnie, jutro mam ponoć zaliczać jakiś pierwszy semestr z angielskiego (jakiego angielskiego? mieliśmy taki przedmiot?), wkurwia mnie uczelnia, więc biorę racksack, kanapki, termos i spierdalam do Nepalu.
It's up to you, New York, New York... Neeew Yoooorkkkk...
Ale tylko New York. Nepal już nie, Nepal już nie.

PS:
Muszę na dniach dorwać jakiś film Peckinpaha, albo Sergio Leone, bo jebnę. Pat Garrett & Billy The Kid sounds ok. Z moich obliczeń wynika, że jakoś niedługo powinien znów lecieć w TV. Muszę oglądać ten film raz na dwa miesiące, bo inaczej wpadam w depresję. Po obejrzeniu też wpadam w depresję, ale kto w dzisiejszych czasach nie wpada?

PPS:
Stary Błękitnooki jakoś nie poprawia mi nastroju, więc pewnie zaraz poleci Dylan. I chuj, zdołuję się do reszty.
Tym optymistycznym akcentem kończymy doniesienia z linii frontu.
Z Nepalu mówił Mariusz Max Kolonko.

Remember that?

poniedziałek, 5 marca 2007

F.H.H. (Fuck Hip-Hop)

Jakki miał rację. Pierdolić hip-hop. Subkultura pozerów, pseudo-gangsterów, prostaków, jebany kult ulicy. Bardziej świadoma część gloryfikuje prostotę, jako świadome wyrzeczenie się intelektualizmu, bunt przeciw przeintelektualizowaniu treści. A chuj. Dorabianie sobie teorii do własnych mankamentów. Nie ma jak tłumaczenie ograniczenia umysłowego wyższymi racjami.
Czasem aż się dziwię, że dalej słucham tej muzyki. Chyba nic mnie nie mierzi tak, jak bycie nazwanym hiphopowcem. Kurwa, wystarczy spojrzeć na mój last.fm. W pierwszej dziesiątce tylko Common i Pete Rock & CL Smooth. Ja pierdolę.
Słucham Dylana, bo się najebałem. I wszystkim, którym się Dylan nie podoba, chuj w oko. Albo w inne części ciała. Mniejsza z tym.
Na Heinekenie będą Rootsi, rajt? I shall proceeeeeeeeeed... O-ja-jebię... I Bloc Party! I Beastie, i Muse. Mogłem opuścić Franz Ferdinand i Manu Chao, ale, kurwa, nie opuszczę Black Thoughta z ?uestlove'em i resztą The Legendary Roots Crew. Ni chuuuja.

"You're in poor company..."
"But I'm alive."
"So am I..."

Nie, wcale nie konia z rzędem temu, kto zna ten cytat.
Chuj w przełyk tym, co nie wiedzą. Shame on you.

W sumie to żart, ale film znać trzeba. W końcu ten film wylansował jeden z najbardziej znanych utworów w dziejach.
Momma, take this badge off from me...

czwartek, 4 stycznia 2007

My poetry's deep, I never fell...

Nas is like... Half-man, half-amazing...
For real yo.
Sprawdziłem nowego Nasa i jest średniawy. Mocno. Chyba nawet gorszy od Street's Disciple, a to obok żenującego Nastradamusa najgorszy LP tego pana. Nie ma już tego "whoa", jest bez pierdolnięcia. Jakieś takie nijakie to.
Dlatego odpaliłem sobie Nas Is Like. "I'm like all the races combines in one man, like the '99 summer jam", wiadomo o co chodzi. Nieśmiertelny przejebany kozak.
Teraz leci remiks The World Is Yours, kawałek którym podnosiłem się na duchu w okresie maturalnym. Mistrz.
Dlatego lubię Nasa. Mam do tego skurwiela olbrzymi sentyment, choć od Lost Tapes perełki, które nagrał mógłbym policzyć na palcach obu rąk i wszystkich bym chyba nie zużył. Illmatic i chuj.
Ale dzisiejszy dzień i tak upłynął pod znakiem Pete Rocka. Absolutny mistrz. Wystarczy żebym odpalił T.R.O.Y. i wsiąkam w ten bujający wajb. Back On The Block, One In A Million, Carmel City, Take You There i mnie nie ma.
Czółko, jadę po ziółko.

środa, 3 stycznia 2007

You know, bullshit goes like this...

Yes, yes, fed up once again. "It's me, Jeru the Damaja..."
Chuj w twarz, kurwa. Wam. Jesteście bandą pierdolonych, obłudnych pojebów. No.
Rzygać mi się chce jak na niektórych z was patrzę.
A z tych amerykanizmów chce mi się śmiać. Bo, kurwa, śmieszni jesteście ponad wszelką miarę. "Luv" zamiast "love", "wit" zamiast "with", "bro" zamiast "brother", "doin'" zamiast "doing" i to wszechobecne "da". In da kurwa coś tam. Szkoda tylko, bando niedouczonych jaskiniowców, że, kurwa, po pierwsze: "in da Sopot"? Słyszał ktoś z was o nazwach własnych? I o tym że, kurwa, przed nazwami miast nie ma "the"? I po drugie wreszcie "in the house" to wcale nie znaczy, że ktoś jest w, kurwa, domu. Imbecyle.
Zakładacie czapki, wielkie koszulki Phata, polskie sneaki, szerokie spodnie, bluzy z kapturami, gibacie się do chujowych bitów, wielcy biali Murzyni. A jak komuś z was się powie, że James Brown nie żyje, to nie wiecie o co chodzi. Troglodyci, kurwa mać.
Uwielbiam takich jołjołów jak wy. Robiących crip-walk, onanizujących się przy powiewie amerykańskiego powietrza, przejmujących kretyńskie, wylansowane przez media manieryzmy, jarający się gównem gówien. Ja pierdolę. I tak się podniecacie tym całym śmiesznym hiphopem.
Wiecie do kogo mówię. You know who you are.
I dlatego przekaz będzie hamerykański, z posmakiem lansu, taki jaki lubicie.
Eat a dick up yo.
Tylko nie zostaw szminki.

PS: I co wy, kurwa, wiecie o Boogie Down. Albo Bedstuy.
PPS: Now a queen's a queen and... "Koniec trochę niesmaczny", jak powiedział Hamlet. Znasz Jeru, to wiesz o co chodzi.
PPPS: 99.9%. I nie tylko MC's.

poniedziałek, 1 stycznia 2007

It's the reason me, myself & I hate me.

Nie, nie mam refleksyjnego nastroju. Po prostu czuję się chujowo. Czuję się absolutnie gównianie, żenująco i jest mi wstyd. I biję się w pierś. Mea kurwa culpa.
Bezapelacyjnie był to najgorszy Sylwester w moim życiu. Zakurwiłem się jak pies, nie wiem nawet dobrze czemu, czym, kiedy i jak. I kurwa dlaczego.
Nic nie pamiętam.
Zero.
Chyba przestaję pić. Najwidoczniej zapomniałem jak to się robi.
Katuję w kółko Commona i wszystko mnie pierdoli.
2007 ssie - po same kule. To będzie chujowy rok, coś czuję.
Siedem chudych lat chyba jeszcze nie minęło.
Shit never stops. Nothing changes on the New Year's Day.
Over and kurwa out.

niedziela, 17 grudnia 2006

Only a fool in here would think he's got anything to prove.

Peckinpah to mistrz. Beskidó. Przed chwilą znów leciał Pat Garrett i Billy Kid. I znów się zastanawiałem co sprawia że ten film jest tak genialny. Na pewno rozpierdalająca muzyka Dylana, duet Kristofferson i Coburn, ale przede wszystkim atmosfera jaką kreuje Peckinpah. Wszyscy wszystkich znają, wspominają stare czasy, stare skoki - i ta świadomość krańcowości, upadku. Zagłady. Każdy wie, co się stanie. Najlepsi przyjaciele najgorszymi wrogami. I bez tego taniego, kiczowatego patosu, jakim obecnie epatuje kino. Mistrz.

suddenly I turned around and she was standing there
with silver bracelets on her wrists and flowers in her hair
she walked up to me so gracefully and she took my crown of thorns
"come in," she said, "I'll give you shelter from the storm..."

Shelter From The Storm rocks. Dobrze się też kończy: "well, I'm living in a foreign country but I'm bound to cross the line, beauty walks on a razor's edge, someday I'll make it mine, if I could only turn back the clock to when God and her were born,"come in," she said, "I'll give you shelter from the storm".
Beauty walks on a razor's edge - truth and the beauty are in the eye of the beholder, tak jak kończyli się Jeźdźcy Apokalipsy. I stopped trying to figure everything out a long time ago - czy aby na pewno?
Wkręciło mi się Shelter From The Storm. Co zresztą widać na moim last.fm. Ale The Times They Are A-Changin' nie przebije. Well...
Tak jeszcze na koniec: "all the truth in the world adds up to one big lie".
Jak zwykle Dylan i jak zwykle nie rozumiem o co chodzi. Ale cytat dobry.

What would Kastor do?
Get drunk.

sobota, 16 grudnia 2006

Fed up with the bullshit

Jak Big L, c'nie? On też był fed up with the bullshit. I Jeru. I Mos Def. W sumie, kurwa, wszyscy byli fed up.
Bullshit to wszystko. Uczelnia, nałogi, trawa to bullshit, "tak, wyskoczymy gdzieś w przyszłym tygodniu" to bullshit, "zrobię to na jutro" to bullshit, "fo' sheezy" to też bullshit - wszystko jest, kurwa, bullshit. Albo "nagraj mi, nie wiem, Diddy'ego, Ying Yang Twins" od kogoś, kogo naprawdę cenię.
Czuję się jak gówno. Dosłownie. Walnąłem trzy browary, a czuję się przekoszmarnie. Niewiadomo czemu. Przez sześć dni nie spaliłem ani jednego fajka i nie wypiłem nawet małego bronka. Pewnie o to chodzi. Brak paliwa.
Dzisiaj o 9 rano wszedłem do McDonalda w Rumi i co leciało w radiu? Breakfast At Tiffany's. Wspomnienia, aj. Tak sobie myślę, że pomimo tego że gotuję i nieźle znam się na jedzeniu, i próbowałem kuchni niemal całej Europy, to jednak jestem dzieckiem hamburgerów. Co innego można jeść w nocy po chlaniu? Nie zawsze da się przecież iść o 6 rano na carbonarę.
Dzisiaj wywoziłem resztę rzeczy ze starego domu. Pusto, głucho i smutno.
Na moich oczach magia powoli wyparowuje z tych wszystkich miejsc. Zabudowują, burzą, stawiają płoty, odremontowują, chujują. Niby wszystko się zmienia, ale jednak szkoda. Jedno jedyne miejsce, które mógłbym nazwać swoim domem.
Zastanawiam się czy gdzieś wychodzić. Nie chce mi się. Rzucam palenie i rzucam picie. Znowu miałbym się spotkać z ludźmi. Nie chce mi się tego wszystkiego słuchać. Wszystko ssie. Lordz Of Brooklyn ściąga mi się tak wolno, że zaraz jebnę.
Boli mnie głowa, muli mnie w żołądku, mam zaschnięte gardło i parę innych dolegliwości. Wyrobiłem sobie takie zajebane oczy. Cały czas są zmrużone. Z niewyspania, złego oświetlenia, alkoholu i trawy. Wciąż wyglądam na nietrzeźwego.
Breathe in, breathe out, respiration i Black Star keeps it burning.
I takie tam.
Zią.

poniedziałek, 27 listopada 2006

I feel alone out here on my own, I close my eyes and picture home...

W zasadzie powinienem iść w kimę, ale jakoś tak wyszło, że założyłem kurtkę, wyjąłem z lodówki browara, wziąłem paczkę fajek i wyszedłem na balkon. Ostatnio jak Rynda do mnie wpadł o 2 w nocy i bakaliśmy w samochodzie, stwierdziliśmy, że to jest pojebane. Normalni ludzi o 12-1 śpią, a my dopiero wtedy odżywamy. Nie jestem w stanie się przestawić na dzienny tryb życia - fuck it.
Zaryzykowałem i wrzuciłem do discmana składankę 2Pac'a. Mimo wszystko dalej mam olbrzymi sentyment do niego, a szczególnie do tych kilkunastu utworów. Myślę, że gdybym miał strzelić sobie w głowę, to przy którymś z nich. "Life Goes On", "My Block", "Letter 2 My Unborn", "Unconditional Love", "Thugz Mansion", nawet "Runnin'", choć wyprodukował to Eminem. Na imprezie u Agi, jak już szliśmy spać, ktoś puścił "Thugz Mansion" i poczułem się chujowo. Chciałem zamknąć oczy i mieć nadzieję, że jak je otworzę będę siedział koło Izy, którą zobaczy za parę dni w szkole, że po tej imprezie wrócę z Ice'em eRką do domu i że znów spotkamy się rano w autobusie jadąc do VI LO. Nic z tego - tamte czasy nie wrócą, you fool.
Zaciągałem się papierosem i chciałem, żeby znów tak było, że jak zrobię te parę kroków, znajdę się na trawie, w ogrodzie domu na Lotnisku. Ze będę mógł przeskoczyć przez płot - czy nawet nadłożyć drogi i pójść przez furtkę - przejść tę ulicę, na której znałem każdy centymetr brukowanej kostki, zapukać do drzwi Kato i pójść na boisko, usiąść na stole do ping-ponga, zapalić i patrząc na gwiazdy zastanawiać się jak to będzie na studiach. Stoję jednak na balkonie, przed sobą mam zasrany las i już nie jest so ghetto, so hood. Po prostu.
Pamiętam jak przed każdą imprezą piliśmy u Ice'a browary i słuchaliśmy "Letter 2 My Unborn", myśląc o tak odległej, jak nam się wtedy wydawało, przyszłości. Albo jak wróciliśmy po koszmarnej nocy u Mazana - choć teraz i to wydaje mi się piękne - i jak non-stop wałkowaliśmy "check this out, Beavis". To było coś. "Unconditional Love", przy którym pisałem wiersz Izie - do tej pory jak to słyszę, a nie słucham zbyt często - widzę widok na Lotnisko z mojego balkonu. Jak siadałem z browarem i fajką i słuchałem "Life Goes On", myśląc, że jeszcze jeden joint, jeszcze jedno piwo i mogę umrzeć. "Thugz Mansion", przy którym za każdym razem wpadam w doła, chyba że słyszę to na imprezie i widzę śmiejącą się Izę - a takich sytuacji już nie ma. Móc znów wpaść do Hela po szkole z browarami i chlebem, usiąść na dachu, zapalić, i gadać o '93, '94, '95, kiedy rap był przesycony dźwiękami miasta.
We used to do them as adolescents, do you recall?
Ostatnio wpadli do mnie Dzyna i Kato z plejką, potem przyjechał Gidziel i lekko najebany Łycha i była beka - zawsze jest - ale to nie to samo. To nie jest picie u Dzyny w garażu, kiedy wysłaliśmy Jiggę po szampana, bo tak lało, że nikomu nie chciało się wychodzić, jak siedzieliśmy z browarami, słońce prażyło a z głośników sączył się "The Chronic", od początku do końca. Wtedy wiedziałem, że to jest mój dom, że będę wracać minutę, a najebany w trzy pizdy, niecałe pięć. Czasem wydaje mi się jakby to było tak dawno temu...
Kurwa no... Oddałbym wszystko, żeby znów tam mieszkać. Zeby po wyjściu z domu widzieć te same znajome mordy, chodzić na fajkę w te same miejsca, pić na boisku, siedzieć na rondzie w mgle i słuchać stukotu kół przejeżdżającego pociągu i żeby mieć na co dzień to gówno, które sprawiało, że to był mój dom. I te powroty z imprez, kiedy szedłem środkiem ulicy, bo byłem tak najebany albo zdołowany - teraz nie da rady, na Morskiej mnie ktoś pierdolnie, albo pały zwiną.
Albo, kurwa, skoczyć w drodze do domu na Koreę, z Ice'em. Zapalić, pośmiać się, wspomnieć psa na detoksie, mówić że jeszcze tyle czasu do matury. Albo stanąć z Cardim i Ice'em na transformersie, skręcić bekę ze wszystkiego, jak tylko w trójkę umiemy, i chwiejnym krokiem pójść do domu, prosto jak z chuja strzelił. Nie musieć telepać się na kolejkę o śmiesznej godzinie dwunastej, tak jak to kiedyś bywało. Kiedyś kolejką jeździłem tylko po imprezie, z Sopotu, z tą samą ekipą. Móc poczuć, że mogę się jeszcze bawić, bez bycia zasypywanym głupimi artykułami z kodeksów, bez zasranych kazusów, bez "o-kurwa-za-cztery-godziny-egzamin", bez tego całego shitu. Nie potrzebuję tego.
I - miss - the - fucking - better - days.
Za czasami, w których pisałem, w których coś tworzyłem. Kiedy wszyscy emocjonowali się opowiadaniem o Kastorze, bo znajdywali tam siebie i nasze życie. Wtedy to był mały piard o nas samych - o Ice'ie, który jeszcze wtedy nie był Ice'em, o Cardim, o Magdzie, o Pagerze, o Siwym, o Oli, o Dawidzie, o Helu... A teraz? Zrobiło się z tego ponad sto stron gówna o walce z przeznaczeniem i wolnej woli człowieka - a raczej nad-człowieka. O tym jak przegrywają niezwyciężeni i umierają nieśmiertelni i o tym, że jesteśmy marionetkami, że życie zapierdala nie zwracając na nas uwagi i o minionej młodości. Shit, man...
shooting that "that's that shit!"...
Brakuje mi tego wszystkiego. Kiedy śmigłowce nadlatywały w rytmie "Valkirii" Wagnera i kiedy na tablicy było napisane "Up yours baby!" i dżipy odjeżdżały w stronę zachodzącego słońca, kiedy Cagney krzyczał "I made it, Ma! Top of the world!", a Pacino klął Gaspara Gomeza i braci Diaz. Pewnie nawet nie wiecie o czym mówię, ale czy to robi jakąkolwiek różnicę?
Pewnie Jerz wie, i Marcin, i Ice.
so no-one told you life was gonna be this way...
your job's a joke, you're broke, your love life's D.O.A.
it's like you're always stuck in second gear
when it hasn't been your day, your week, your month, or even your year...
I wcale Ciebie dla mnie tam nie będzie - wcale, kurwa, nie.

you woke up this morning, got yourself a gun,
mama always said you'd be The Chosen One...

can it be that it was all so simple then?

don't you wish you didn't function,
wish you didn't think beyond the next paycheck and the next little drink
well you do so make up your mind to go on, 'cause
when you woke up this morning everything you had was gone...

Peace out.

wtorek, 21 listopada 2006

Now as I open up my story, put the blaze in your blunts

it's like '93, '94, about the year that Big and Mac dropped, and Illmatic rocked

and then the Fugees gon' break up, now every day I wake up somebody got something to say

aight, fuck that shit, word word
fuck that other shit, knamsayin?
we gon' do a little something like this, knamsayin?
keep it on and on, and on and, on and..
knamsayin? Big Nas, Grand Wizard, God what it is like?

Cóż za zajebista kompilacja cytatów, c'nie?
Boli mnie głowa, na dworze jest tak zimno że papieros przymarza do wargi, czuję się chujowo. Really. I tried to make it my way, I really did. Taki Buffalo Soldier ze mnie - tak trochę.
When you got nothing, you got nothing to lose, you're invisible now, you got no secrets to conceal...
How does it feel... How does it feel to be on your own,
with no direction home, like a complete unknown
like a rolling stone?
Nie wiecie? Mogę wam powiedzieć. Bardzo kiepsko.
Kiedyś myślałem, że nie mam nic do stracenia i with the right woman I come right to the top - there is no stopping me, czy jak to dokładnie szło. Nie pamiętam. Kiedyś znałem te filmy na pamięć. Veery saaad...

Przekaz ostatnich dni, a może i całego życia nawet jest krótki: słowa, słowa, słowa.
Boga ubezwłasnowolniono za niepoczytalność, y'know?

Dobranoc, mój książę, powiedział Yueh do Leto Atrydy i Horacy do Hamleta.

This can't be life.

poniedziałek, 20 listopada 2006

Looking at the crew, we thought we'd all live forever

:: Looking back, looking back, looking back ::

Padam ze zmęczenia, chronicznie się nie wysypiam, piję codziennie od poprzedniej środy, a mimo to nie idę spać. Wychodzę zapalić na balkon w skórzanej kurtce, Burnside'ach, w ręku Ballantines z wodą sodową, z braku Coli. Od kiedy chodzę w skórze? Kiedyś to były wytarte Massy, wyświechtana bluza i Wishoty, a teraz? Teraz jest Shadow, Murs czy Lyrics Born, a kiedyś wystarczał Wu-Tang i Rakim. Być może prezentuję postawę daj-spokój-to-gówno-w-końcu-leci-w-radiu, ale co ja na to poradzę? Jestem bombardowany tekstami w stylu "Podrzuć mi jakąś klasykę rapu, wiesz, 50 Centa czy coś...", więc jak może mnie chuj nie strzelać? Teraz leci "Fire" RJD2, besides. Konkretny jest ten wałek. Mistrz.
Siedzę ze szklanką i zastanawiam sie nad wczorajszą imprezą u Agi. Zajebiście było, for real. Jak za starych, dobrych czasów - wpadamy w trójkę już podchmieleni, zaraz za drzwiami obściskuję się z Izą, idę z Helem zabakać, gadam z Olą, z każdym, wszystkich znam. Brakowało mi czegoś takiego przez całe studia. Nie żebym jakoś szczególnie tych wszystkich ludzi lubił, ale kurwa... Nawet morda Pagera czy Kopki sprawiała mi satysfakcję. Taka mała namiastka przeszłości w teraźniejszości.
Chciałbym móc jak Common powiedzieć "I'm not looking back, or too far in front of me, the present is a gift, and I just wanna be", ale gówno prawda. Przyszłością się nie zajmuje, ale na okrągło rozpamiętuje to, co było.
Jak już wszyscy się zwinęli od Agi, poszliśmy z Ice'em na autobus i skoczyliśmy na bronka za budę, taką typową rumską, czaisz? Wypisz-wymaluj Wóz Drzymały. O dziwo obudziłem się bez kaca, co nie zdarzyło mi się od chyba dwóch lat. Amazing.
Jedynej osoby, której nie było u Agi, to Dawid. Poza tym byli wszyscy, których lubię i ci, których nie lubię. Był Siwy, Mysiak z Asią, Pager, Kopek, Kropa, Hasz, Wollie, Ewa, Iza, Saju, Mars z Madziorem, nawet Bartosewicz z Judytą. Znów sie poczułem jakbym miał te jebane siedemnaście lat i cały świat stał przede mną otworem. Wiem, że to głupie, ale tak wtedy myślałem. Byłem nietykalny i myślałem, że będę żyć wiecznie. Pomimo całej banalności tego stwierdzenia, to były moje najlepsze lata. Przez pół toku napisałem sto stron - przez następne dwa lata cztery strony. Kiedyś nie było możliwości żebym popełnił jakiś błąd językowy, nawet pijany - teraz mam problemy z formułowaniem myśli. Z angielskiego, czyli języka, który znam najlepiej, nie pamiętam już prawie gramatyki, wszystko mi się pierdoli. Wiem, że teraz CAE bym nie zdał, a nie miałbym z tym problemów w liceum. Miałem lepszą kondycję, psychiczną i fizyczną - i co najgorsze, wiem, że nie mogę już wypić tyle co kiedyś.
Nienawidzę jesieni i nienawidzę tych moich poimprezowych zjazdów nastroju. I mimo wszystko nienawidzę My Boo i Thugz Mansion na imprezach, bo mnie to po prostu rozpierdala. Jest to żałosne, ale fuck it. Lauryn Hill ma rację - "see, fantasy is what people want, but reality is what they need - and I'm just retiring from fantasy" - but I can't. I just fucking can't.
Są rzeczy - obrazy, wspomnienia - od których nigdy nie będę wolny. Jest tego cała lista, w gruncie rzeczy jest tego od zajebania. Są to po prostu rzeczy, których się nie zapomina. Tęsknię za czasami, kiedy wszystko było "na jutro" - teraz już wszystko zaczyna być "na wczoraj", a z czasem będzie coraz gorzej. Tęsknię za nimi tak, że chce mi się wyć. Za powrotem z Mechelinek, kiedy tak od nas waliło winem, że żul w autobusie się krzywił, za spaniem na przystanku w Chwaszczynie, osiemnastkami na Tarasach, Taize, Wilamowem, Gdynianką i powrotami ze szkoły, które stały się rytuałem, za psem na detoksie, za McDrive'em o 5 czy 6 nad ranem, za Beavisem i Buttheadem, za "Where Is My Mind?", za paleniem fajki za fajką przy wtórze "Letter 2 My Unborn" i za imprezami - nie, za Imprezami. "What we gonna do now, where we gonna go now?"
Tru, Lauryn, tru dat. I'm telling you.
Całe moje życie to jedno wielkie pasmo wspomnień, łańcuch z nieskończoną ilością ogniw. I mogę powiedzieć jedno - nikt nie potrafił się tak śmiać, jak my. Kurwa, nikt. So fucking sad. Mówcie co chcecie, ale Paradox i Rozi i powrót do domu o 13 z imprezy oddałbym za jedną pierdoloną imprezę u Cardiego, browarka z Ice'em na Kamiennej czy papierosa z Izą. Kiedyś więcej się piło, więcej się śmiało, więcej się mówiło, coś się działo.
Do dziś nie zapomnę jak na Lotnisku, na pierdolonym APT wychyleni z okna śpiewaliśmy na całe gardło "whisky, moja żono, tyś najlepszą z wszystkich dam", pijani w sztok. Czasem odnoszę wrażenie, że wszystko co robię jest tylko cieniem tego, co robiłem kiedyś. Wszystko zostało już dokonane i powiedziane. Mene, tekel, fares, kurwa mać.
Wieczny outsider, buntownik, smutny błazen i melancholijny kabotyn, artystyczny ćpun i Brooklyn Jew pozdrawia środkowym palcem hejterów i inną nierogaciznę i idzie spać. Jeszcze "Diuna" i Dżem albo LeFonque w słuchawkach i nara. I mnie tu nie będzie.
To Obi-wan you must listen, folks. Zwyczajowo propsy dla tych pięciu, sześciu osób, które wezmę ze sobą jak wyjebią mnie ze studiów i udam się do ciepłych krajów. One what? One love, one love.
Peace out.

poniedziałek, 18 września 2006

For the times they are a-changin'...

Dzisiaj, o dziwo, nie jestem pijany.
Chyba, że pijany nienawiścią do tego świata, będącego dokładnym zaprzeczeniem tego, w co wierzyłem, na czym się wychowałem. Fajnie byłoby znów być dzieckiem - nie przejmować się zwyżką cen ropy, inflacją, kopalniami w Sierra Leone, polityką, terroryzmem, sesją, przyszłą pracą i koniec końców tym, że sztuka, kurwa, umiera. Albo inaczej - mutuje, co jest jeszcze gorsze. W spauperyzowaną, plebejską, prostacką i wulgarną formę substancji wieńczącej proces trawienia rozmazanej na płótnie, w cały pierdolony pop-art, eklektyczną quasi-sztukę dla artystycznych nuworyszy. Dla ludzi, którzy uświadomili sobie nagle istnienie sztuki i zdali sobie sprawę jak bardzo trendy to jest. Ludzie są w stanie zrobić dla poklasku wszystko - począwszy od fellatio w telewizji po defekowanie w miejscu publicznym, na oczach ludzi, czego dowodem są wszystkie kretyńskie, popierdolone, programy w TV. Telewizja jest matką pop-artu, gwoździem do trumny sztuki. To jej zawdzięcza swe istnienie sztuka masowa, co jest swoistym oksymoronem. Sztuka nie jest dla mas - dla mas jest McDonald's i paczka Popularnych na drogę.
Choć nie przepadam za polskim rapem – mówiąc dość eufemistycznie, bo niemal go nie trawię – to Pezet w “Nie Jestem Dawno” powiedział coś, co daje do myślenia. „Znów sam chodziłem tu po parku, sam, parę browarków, spacer, walkman, bębny – daleko od pop-artu”. Od roku niemal nie słucham radia i nie oglądam programów muzycznych, bo nie mogę znieść tego zalewu tandety. Jedyny kanał jaki oglądałem to MTV Classic, którego już zresztą nie mam, więc zostało mi tylko TCM.
Podejrzewam, że ostatecznie to telewizja zabije sztukę. Heron był chyba jednak w błędzie - rewolucja będzie transmitowana w telewizji, żeby każdy szaraczek, każdy filister chrupiąc popcorn i siorbiąc Coca-Colę mógł ją sobie obejrzeć. Zakładając oczywiście, że rewolucja w ogóle, kurwa, będzie - co, patrząc na tę epokę marazmu, wydaje się mało prawdopodobne. Chociaż kto wie... Wszelkie zmiany inicjowali wielcy ludzie i wielkie wydarzenia - a i tak przy niesprzyjających okoliczności człowiek się kulił i wracał do mieszkania w bloku, do żony, dzieci, psa i pracy od 6 do 18, a opuszczeni rewolucjoniści szli na szafot, płonęli na stosie lub stawali przed plutonem egzekucyjnym. Plebs zawsze wraca do swoich zajęć - dlatego pozostaje plebsem. Bunt jest dla niego przygodą, chwilowym trendem. Od zarania dziejów rewolucje sprowadzały się do umiejętności podburzania tłumów. Ideologia łączy tylko przywódców - lud zawsze chciał chleba i igrzysk, dlatego też jedynym co dawały rewolucje, były zmiany w hierarchii. Zwycięzcy zastępowali przegranych - ich pieniądze, ich pozycje, majątki. Dlatego rewolty nic nie wnoszą - poza upuszczeniem krwi i zmianą na szczycie tabeli.
Być może kiedyś wkurwienie sięgnie zenitu, ludzie wezmą sztachety i pójdą rozjebać system - kurwa, nie czarujmy się. Globalna rewolucja to mit. Być może też rewolucja nie będzie pokazywana w telewizji - bo jej po prostu nie będzie. Czego jednak można się spodziewać w dobie manipulowania ludźmi przez media, mechanizacji społeczeństwa, zaniku indywidualnej ludzkiej tożsamości i powolnej agonii sztuki? Nie wierzysz - włącz telewizor, najlepiej jakąś Vivę, MTV czy inny 4Fun.
Nieważne czy jest to Lil' Jon krzyczący do mikrofonu "What?! Okay! Yeeah!!" - co niemal wyczerpuje jego zasób słownictwa - kolejna rockowa quasi-ballada o miłości oparta na syntetycznym dźwięku, czy też Kalwi i Remi tworzący coś, dzięki czemu muzyka klubowa zyskała przydomek wiejskiej - to wszystko elementy tych samych monstrualnych puzzli z gówna, jakimi jest sztuka dla mas. To już nie CL Smooth przy bujającym wajbie Pete Rocka wspominający zmarłego przyjaciela, Bob Dylan mówiący politykom, żeby nie blokowali przejścia i weszli posłuchać, co ma do powiedzenia, ani też ostatni krzyk wolności, jakim był "Gwieździsty Sztandar" w aranżacji Hendrixa na Woodstocku.
Wojna w Wietnamie była tragedią dla ludzi, ale błogosławieństwem dla muzyki. Chyba żadne wydarzenie ostatniego stulecia nie skłoniło artystów do takiego zrywu jak właśnie Wietnam. Oczywiście, była to epoka buntu, czas Dzieci Kwiatów, ale między innymi konflikt w Wietnamie podsycał te nastroje - wolnościowe, antywojenne, Miłość, Pokój i Muzyka i w ogóle.

Come gather around people, wherever you roam
And admit that the waters around you have grown
And accept it that soon you'll be drenched to the bone.
If your time to you is worth saving
Then you better start swimming, or you'll sink like a stone
For the times they are a-changing...

Come writers and critics, who prophesize with your pen
And keep your eyes wide, the chance won't come again
And don't speak too soon, for the wheel's still in spin
And there's no telling who, that it's naming
For the loser now, will be later to win
For the times they are a-changing...

Come senators, congressmen, please heed the call
Don't stand in the doorway, don't block up the hall
For he that gets hurt, will be he who has stalled
There's a battle outside, and it is raging
It'll soon shake your windows, and rattle your walls
For the times they are a-changing...

Come mothers and fathers, throughout the land
And don't criticize, what you can't understand
Your sons and your daughters, are beyond your command
Your old road is rapidly aging
Please get out of the new one, if you can't lend your hand
For the times they are a-changing...

The line it is drawn, the curse it is cast
The slow one now, will later be fast
As the present now, will later be past
The order is rapidly fading
And the first one now, will later be last
For the times they are a-changing...

Ten utwór kojarzy mi się z taką sceną - olbrzymi namiot gdzieś na terenie zniszczonym przez ogólnoświatową wojnę (to chyba przez Jeźdźców Apokalipsy), wypełniony ludźmi, poranionymi, przestraszonymi, nie mającymi dachu nad głową, słowem - ludźmi, których świat nagle przestał istnieć; i pośród tego wszystkiego wieszczący Dylan. W krótkich słowach zwracający się do polityków i artystów, rodziców i dzieci, do całej ludzkości. Cokolwiek apokaliptyczna wizja.
Dylan przemawiający do całego świata o globalnej rewolucji, wszechobecnym czynniku zmian, o wiejącym wietrze odnowy - w porównaniu z tym "Winds Of Change" Scorpionsów to pop.

PS: Zapomniałem o propsach :|
Jerz, za ucztę dla uszy, jaką są te wszystkie albumy, zią :)
Marcin za zaszczepienie mi jazzu i ambitniejszej muzyki i za wszystkie rozmowy.
No i Homie za wszystkie kawałki dedykowane mi na imprezach, miksy na kompie i za Śledziu Inc.
Just keep it going...

czwartek, 14 września 2006

We know from the start, that things fall apart.

Shiiit... Znów wrzuciłem "Illmatic" do discmana, założyłem słuchawki i włóczyłem się wieczorem po okolicy. I choć nie jest to już Lotnisko, to tutaj też jest asfalt, uliczne latarnie, tak idealnie współgrające z miejską poezją Nasa. "Illmatic" to chyba wciąż mój ulubiony rapowy album, od pierwszej do ostatniej minuty wypełniony brudnym, tętniącym, nowojorskim brzmieniem. Kawałek pierdolonej historii, jeśli ktoś mnie spyta. Nawet dziś, po tylu latach, jest to dla mnie absolutne mistrzostwo muzyki miasta, niedościgły wzór. Za każdym razem gdy słucham zwrotki AZ z "Life's A Bitch", przechodzą mnie dreszcze, a "Memory Lane" to coś więcej niż rapowy kawałek. Ilekroć go słyszę, mam ochotę otworzyć piwo, zapalić i cofnąć się myślami wstecz - do czasów, gdy liczyło się tylko dobre, bujające brzmienie w słuchawkach, parę moniaków na piwo, piłka i kumple. Bez troski o to, co przyniesie przyszłość, bez rozważań o pracy, o polityce, bez zawirowań w życiu osobistym - mieliśmy wyjebane. Wszystko, czego chcieliśmy, to dobrze się bawić, osiągnąć sukces i być bogaci. Żyliśmy chwilą, snując marzenia, o których dobrze wiedzieliśmy, że i tak się nie spełnią. Nikt z nas raczej nie zostanie Jay'em-Z.
Teraz już nie mogę mieć we wszystko wyjebane, choćbym nawet chciał. Nie można całe życie unikać konfrontacji z rzeczywistością, choć nie wszyscy z nas zdają sobie z tego sprawę. Obserwuję jak ludzie, z którymi dorastałem zmieniali się przez te lata, a może to ja się zmieniłem... Spotykam tych ludzi na boisku, w klubie, u kogoś na grillu czy też po prostu na ulicy i nie mamy o czym rozmawiać. Każdy zna to uczucie - ludzie, którzy kiedyś byli ci bliscy, teraz wydają się tak obcy. Wspomnienia z nimi związane wydają się pochodzić jakby z innego życia. Czas jest nieubłagany.
Jeszcze niedawno szliśmy z Dawidem do liceum, teraz uczę się do sesji poprawkowej na studiach, a czuję się jakby to było nie dawniej niż parę chwil temu. Cieszę się, że Dawid się za bardzo nie zmienił, że znamy się tyle lat i wciąż możemy porozmawiać - tak jak nie mogę już porozmawiać z Dudkiem, Karolem, Łukaszem. Kurwa, Karol był moim najlepszym kumplem... Wpadłem do niego dość niedawno, lekko się najebaliśmy i pograliśmy na plejce jak za starych dobrych, to już nie jest to samo.
Śmierć Konrada, to, że Karol teraz przejmie hotel po ojcu - tyle się nagle zmieniło, nasi rodzice też już się nie przyjaźnią. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że do tego dojdzie, nie uwierzyłbym.
Od paru lat usiłujemy się wybrać starą paczką do Białogóry, do Karola. Mam z tym miejscem związane tyle wspomnień, kurwa mać no... Jak w nocy przyszedł do nas ojciec Karola mówiąc żebyśmy poszli z nim na polowanie, jak rano znalazłem w lodówce przekrojonego na pół dzika, jak graliśmy w Crasha i Quake'a, i jak nawaliliśmy się z Kikutem na urodzinach Karola...
Znów włączył mi się tryb jesiennej gawędy. Wrzesień to miesiąc, w którym zawsze dopada mnie depresja i zaczynam wspominać stare, dobre czasy, gdy piwo było lepsze, życie prostsze, wydatki mniejsze, dziewczyny mniej prozaiczne, a kopanie piłki sprawiało większą frajdę - kiedy chodziłem na konkursy chemiczne i plastyczne, byłem laureatem z historii, trawa była owocem zakazanym, a Wu-Tang wydawał się być najlepszy z całego rapu.
Marudzę? Prawdopodobnie tak, ale kiedyś wszystko wydawało się takie proste... Niestety wszystko się kiedyś, kurwa, kończy. Nawet w chwili, w której to piszę, coś się kończy.

środa, 13 września 2006

If I go, know that I’ll make a return...

W zasadzie pod tym adresem miał się znaleźć uporządkowany i poukładany materiał z Fajeev, ale póki co musimy tego zaniechać. Marcin jest tak zabiegany, że nie mamy czasu się nawet spotkać przy piwie i pogadać, a ja mam taki mętlik w głowie, że nie podejmuję się na razie żadnej twórczej pracy. Jestem w proszku, w rozsypce i to, co właśnie robię, jest pewną formą terapii. Za każdym razem gdy kończą się wakacje, a razem z nimi odpoczynek, grillowanie i wylegiwanie się przez telewizorem, jestem rozmontowany. Myślę, że nie ja jeden.
Choć nie jest to Fajeev, to w jakiś sposób jest to związane, bo - koniec końców - wszystko co tworzymy, to projekt Group Fajeev. Obawiam się jednak, że Group Fajeev będzie za jakiś czas opierać się jedynie na naszej przyjaźni – tak jak moja przyjaźń z Izą sprowadza się do wysyłania sobie nawzajem życzeń, wpadania na siebie w klubie i coraz rzadziej – telefonów podczas depresji; a z Helem do kontaktów telefonicznych, z rzadka gadki o dzisiejszym rapie przy piwie i nie-rozmawiania o Magdzie. Z Olą też straciłem kontakt po liceum – choć wróciła już z Torunia, to odnoszę wrażenie, że nie nadajemy już na tych samych falach; ona teraz obraca się wśród małostkowych i niezbyt pasjonujących ludzi, z którymi ja przestałem umieć rozmawiać na inny temat niż piłka nożna. Szkoda, bo czasy liceum zawsze będą mi się kojarzy z Olą. Kolejna znajomość, którą warto byłoby kontynuować, ale która nie przetrwała próby czasu – podobnie jak w sumie Kato.
Jedyne co trzyma się dalej, to Trzech Melancholijnych Cyganów (mam nadzieję, że Murs, Eligh i Scarub nie będą mieli mi za złe plagiatu, ale bardzo mi się ta nazwa spodobała). Trzech, bo Soot jest tylko dodatkiem – bardzo istotnym, ale wciąż dodatkiem. To nic osobistego, ale ostatecznie to jednak my trzej chodziliśmy do jednej klasy i w różnych konfiguracjach siedzieliśmy w jednej ławce. To z nimi wypiłem tyle browarów – i na transformatorze, i za Wozem Drzymały, i w wielu innych miejscach – że dziura budżetowa to drobne na telefon, to z Icemanem byliśmy w garniturach na bowlingu i to z nim odwalałem takie akcje, że szczerze się dziwię, że nie obudziłem się jeszcze w jakimś zaułku. Czasem się dziwiłem, że się w ogóle obudziłem...
Cardi jest bardziej stonowany, nie tak mocno pierdolnięty w głowę jak my dwaj, ale swoje też już w życiu zrobił. Pamiętacie grilla u Maciasa? :D A „Cyganie? Cyganie złodzieje”? A psa na detoksie? Obawiam się, że to już koniec, że takie rzeczy już nie wrócą.
Obawiam się także że Marcin dalej będzie się miotał w podziemnych projektach, zbyt ambitnych jak na nasze realia, a ja ostatecznie rozmienię się na drobne płodząc trzeciorzędne teksty i quasi-publikacje, których nikt nie czyta. Proza życia zabija marzenia. Dalej będę pił, palił tak długo aż w końcu nabawię się raka, jarał coraz częściej i zryję sobie psychikę tak jak Miszka, który nie rozpoznaje ludzi, dalej będę wracać po nocach, olewać studia i słuchając Dylana będę w samotności się upijał – i od czasu do czasu napiszę coś takiego jak to. Obawiam się, że oddałem marzenia być może za nieco więcej niż parę piw, ale ostatecznie wychodzi na to samo.
Marcin dobrze powiedział: „Stary, mogę mówić, że jestem zajebisty i co z tego? Mogę rzeczywiście być zajebisty, ale bez materiału nikt mi nie uwierzy. A nie mam materiału i na razie mnie nie ma. Dopóki nie będę go miał, nie istnieję – tak samo ty. Więc pisz.”
Pisanie o pierdołach przychodzi mi bez trudu, gorzej z beletrystyką. Kompletna pustka, gdy przychodzi co do czego. Napisanie choć jednej strony o Kastorze jest dla mnie cholernie trudne – istna martyrologia. Czasem się zastanawiam czy kilkustronicowe opowiadanie, które urosło do rozmiarów epickiej powieści o upadku człowieka, czy to nie jest za dużo. Może mnie to po prostu przerosło? Od niemal dwóch lat, od frustracji, wściekłości, bólu i urażonej dumy po rozstaniu z Ewą, nic tak naprawdę nie napisałem, poprawiając jedynie prolog. Natomiast to, co wtedy napisałem, w zasadzie dzięki Ewie, to fragmenty wyrwane gdzieś ze środka opowieści, nie stanowiące monolitu z tym, co miałem do tamtej pory. Brak ciągłości – to chyba największy problem.
To wszystko było tak dawno. Magda, Robert, Wilamowo, pierwsze szkice mojego opowiadania, które rozrosło się pod piórem, stopniowe nadawanie postaciom głębi i tragizmu. Kiedy rozsyłałem ludziom na bieżąco to, co napisałem i oczekiwałem w zamian uwag – oczywiście najbardziej kretyńskie miała Magda, jak zwykle. Wtedy pisałem jak natchniony, zapełniając kolejne strony.
Ale mi się rym udał, no proszę... Tak, raperem też chciałem zostać, ale za późno sobie uświadomiłem, że skończyłem za dużo klas. Ministrem też już raczej nie będę – mogłem tej matury nie robić. Tak tylko sobie zamknąłem kolejne drzwi. W sumie jaki mam w życiu wybór?
Od kiedy uświadomiłem sobie, że nie mogę być Old Shatterhandem, Atosem ani Tonym Montaną, chciałem być artystą. Dziś „artysta” ma wydźwięk pejoratywny, brzmi wręcz obelżywie, bądź sztucznie i pompatycznie – zależy w czyich ustach. Artysta to oszołom, zboczeniec, kabotyn. Przejebane mają artyści, kurwa. Iza kiedyś spytała – z przekąsem, jak sądzę – czy ja siebie uważam za artystę. Zabrzmiało to dość szyderczo, zważywszy na to, że nie czytała nic mojego autorstwa – może to dlatego że znów byłem pijany i pozowałem na wielkiego, niedocenionego, niespełnionego człowieka. Whatever.
Nie, kurwa, nie uważam siebie za artystę. Dopóki nikt nie kupi jakiejś mojej książki, nie będę tak uważał, kochanie. A mówić tak o sobie, nie będę nawet potem.

Dziękuję Marcinowi, Ice’owi, Cardiemu, Izie (za wakacyjną korespondencję), Homie’emu (za triumfalny powrót do kraju), Suri (za rozważania o sztuce i nie tylko) i jeszcze jednej osobie, która swoim zachowaniem poruszyła we mnie pokłady tego wszystkiego, co teraz wylewam.